Well... w końcu zebrałam się w sobie i coś skleciłam
od razu uprzedzam nie jest to rozdział wysokich lotów, zdaję sobie z tego sprawę
jednak z każdą kolejną przerwą ciężej jest wrócić do pisania,
poza tym... niestety jestem coraz starsza, a w przypadku blogowania jest to raczej minus...
ciężko jest mi się skupić, zebrać myśli, bo krążą zupełnie gdzieś indziej, dlatego rozdział taki pourywany i chaotyczny
zlepki krótszych lub dłuższych scenek, które w zasadzie musiały jakoś tam się pojawić, które wrzuciłam do jednego koślawego rozdziału
mam nadzieję, że kolejny rozdział pod względem akcji, sytuacji, zjawisk, scen i innego gówna będzie lepszy
motyw przewodni Pantera-Hollow, w którym jestem absolutnie zakochana i nie mogłam się powstrzymać, żeby go tu nie wcisnąć :D
tak wiem, Marta jest Waszą najmniej lubianą postacią :P
jeśli są błędy, literówki czy coś, to wybaczcie jestem ślepa i nie nadaję się do korekty własnych tekstów :D
***
Gdy wszedł do pokoju, spała.
Rozkopała kołdrę, odkrywając swoje drobne, zwinięte w kłębek ciało. Sweter
Matta, który miała na sobie, wydawał się gigantyczny. Dostrzegł sine pręgi na
jej nadgarstkach. Zacisnął pięści, by stłumić złość. Po telefonie swojego brata,
zadzwonił do Tony’ego z wyjaśnieniami i od razu złapał najbliższy możliwy lot
do Los Angeles. Przez ponad godzinę słuchał opowieści rozgorączkowanego Matta,
który relacjonował mu wczorajsze wydarzenia. Był prawie pewny, że jego
najgorsze obawy się potwierdzą. Nie był w stanie dopuścić tego do świadomości,
ale wszystkie okoliczności były przeciwko niemu. Z bólem serca musiał przyznać,
że prędzej uwierzy w to, że jego własny brat próbował skrzywdzić tę drobną
dziewczynę, niż w to, że jej stan i wczorajszy strój nie mają związku z Duffem.
Usiadł na skraju łóżka i okrył ją kołdrą. Dopiero teraz zauważył, że ma
zapuchniętą od płaczu twarz. Coraz bardziej nie podobało mu się to. Nie
wyglądało to na zwykłą kłótnię, czy nieprzyjemną wymianę zdań.
- Jon… no kurwa… nie dzwoniłbym,
ale… - do pokoju zajrzał Matt – spanikowałem, a ona… ona no… nie chciała nic
mówić… cały czas tylko szlochała i mamrotała pod nosem, że nie może tam wrócić…
- Dobrze zrobiłeś… chyba będę
musiał sobie poważnie pogadać z naszym młodszym braciszkiem – spojrzał na
mężczyznę – idziesz do restauracji?
- No… skoro jesteś… zostałbyś z
Martą? I Joan niedługo wstanie – poprawił krawat – mamy mieć jakąś kontrolę w
przyszłym tygodniu, muszę tam parę spraw dopilnować.
- Nie spiesz się i pozałatwiaj
wszystko na spokojnie.
Znów został sam ze swoimi
myślami. Patrząc teraz na dziewczynę, nie mógł odpędzić od siebie
nieprzyjemnego poczucia, że to wszystko jego wina. Może jego szczera chęć
pomocy matce przy wychowaniu najmłodszych dzieci, wcale nie była dobrym
pomysłem? Może tylko pogorszył sytuację? Czy gdyby się nie wtrącał, mama
poradziłaby sobie lepiej z Duffem i Mattem? Czy gdyby nie ojcował niesfornemu
bratu, chłopak wyrósłby na lepszego człowieka? Jakie błędy popełnił? Przecież
starał się ze wszystkich sił. Chciał wychować swoje dzieci i jednocześnie ukoić
ból po stracie Jane, pomagając mamie z jej pociechami. Zupełnie tak, jakby
opiekując się dwójką dzieciaków, mógł zabić poczucie winy, które towarzyszyło
mu każdego dnia. Co zrobił nie tak? Przecież nie mógł wychować Duffa na tak
złego człowieka. Przecież wiedział, że farbowany blondyn się zmienił, że nigdy
nie był aż takim dupkiem. Po odejściu z wojska, chciał odkupić swoje winy,
chciał być dla innych wsparciem w trudnych chwilach, chciał być w pewnym
stopniu wyrocznią, ale przede wszystkim chciał być w pełni oddany swojej
rodzinie i być przy niej zawsze, gdy będzie go ktoś potrzebował. A teraz… teraz
znów zawiódł, znów okazał się beznadziejnym człowiekiem, który zamiast pomagać,
szkodzi jeszcze bardziej. Ukrył twarz w dłoniach. Modlił się, żeby nie było tak
źle, jak mu się wydawało. Z zamyślenia wyrwał go cichy krzyk. Brunetka zerwała
się z łóżka, dysząc ciężko. Oczy napełniły się łzami. Dopiero po kilku chwilach
dotarło do niej, że nie jest sama w pomieszczeniu.
- J-jon? C-co… j-jak – drżącą
dłonią otarła twarz i odgarnęła włosy z twarzy – s-skąd…
- Matt mówił, że chyba mnie
potrzebujesz i och…
Dziewczyna wyplątała się z
pościeli i szlochając cicho, wtuliła się w mężczyznę. Zaskoczony objął ją mocno
i zaczął czule gładzić po głowie i plecach. Kiedy ostatni raz kogoś tak tulił?
Kiedy po raz ostatni ktoś tak się w niego wtulał? Czy to nie była Kate
kilkanaście lat temu, gdy nie była jeszcze butną nastolatką, a później
samodzielną, niesłuchającą nikogo, niezależną kobietą? Mała, urocza Katie, jego
ukochana córeczka, która szukała pocieszenia w jego ramionach, której był
skłonny wszystko wybaczyć. Już dawno zapomniał, jakie to uczucie. Teraz,
trzymając w ramionach Martę, obudziła się w nim uśpiona od lat ojcowska troska.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co brunetka do niego czuła. W sumie od
razu ją rozszyfrował. Podejrzewał to od samego początku, gdy Joan była w
szpitalu. Wiedział, że się tego wstydziła, ale dla niego było to lepsze niż
jakikolwiek komplement, który mógł usłyszeć. Stanowiło to pewnego rodzaju
wyróżnienie, na które jego zdaniem nie zasłużył.
- Nie musisz nic tłumaczyć –
szepnął – powiedz mi tylko… to Duff?
- O-on… g-głupoty… j-ja
c-chciałam s-się w-wyrwać… k-krzyczał, ż-że go z-zdradziłam, ż-że Jeff nie
j-jest jego…
- Co?!
- J-ja p-przysięgam… j-ja n-nigdy
nie… j-ja… k-kopnęłam g-go… g-go, b-bo n-nie c-chciał m-mnie p-puścić… k-kopnęłam
t-tam… j-ja… b-był pijany… c-coś ć-ćpał… k-krzyczał i w-wyzywał…
- Zrobił ci jakąś krzywdę? –
zapytał przez zaciśnięte zęby, próbując kontrolować narastający w nim gniew –
Zrobił ci coś, Dziecinko?
Oderwała się i pokazała mu sine
nadgarstki. Ciągle mamrotała, że nie zrobiła nic z rzeczy, o które oskarżał ją
Duff. Szlochała, powtarzając, że musiała się wyrwać, że nie chciała uciekać się
do drastycznych metod, żeby ją puścił. Zdawała się nie słyszeć pytania Jona,
czy prócz śladów na rękach, odniosła jeszcze jakieś obrażenia. Czuła ulgę, że
jest przy niej. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Wiedziała, że przy nim nic
jej nie grozi, że nie pozwoli jej skrzywdzić.
- Marta… skup się… - mruknął –
czy coś ci się jeszcze stało prócz tych siniaków?
- J-jon, musisz m-mi u-uwierzyć…
J-jeff jest j-jego… ja nigdy g-go n-nie z-zdradziłam! N-nigdy! J-ja…
- Wiem… - przerwał jej i spojrzał
jej w oczy – wiem, Marta… nawet przez chwilę nie pomyślałem, że to może być
prawda.
Porażka. Katastrofalna porażka.
Mimo, że nie miał wpływu na dorosłego brata i na jego zachowanie, czuł złość i
wstyd. Już nawet nie chodziło o Martę i cała sympatię, którą ją darzył. Był
oburzony brakiem szacunku względem kobiet, który zaprezentował Duff. Był zły na
gwałtowność i brutalność jego czynów. Czuł zażenowanie na myśl o tym, co jego
rodzony brat zrobił niewinnej kobiecie. Chciał zrobić mu awanturę, doprowadzić
go do porządku, zrobić kazanie jak małemu dziecku… tylko był jeden problem – od
lat Jon nie miał kompletnie żadnego wpływu na jego życie. Mógł tylko zasugerować
mu, co powinien zrobić, zwrócić uwagę na błędy, jednak nic z tego tak naprawdę
nie wynikało. Duff nie musiał go słuchać, nie musiał traktować go jak wyroczni
i absolutu.
- Kurwa mać!
To sen, czy ktoś naprawdę
krzyczał? To tylko twór jej wyobraźni, czy rzeczywistość? Otworzyła oczy i
zaspanym wzrokiem rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie było przy niej
Stradlina, z którym postanowiła zostać na noc, widząc, w jakim jest stanie.
Wczoraj z trudem pokonywał odległość kilku kroków. Nie pomagały nawet leki
przeciwbólowe. Dosłownie przy każdym ruchu, wymagającym trochę większej siły,
mężczyzna syczał i jęczał z bólu. To było do niego niepodobne. Nie raz dziwiła
się, że mężczyzna nigdy nie uskarżał się na ślady pobicia, siniaki i tego typu
rzeczy, które chcąc, nie chcąc były kilka lat temu dość częste. Podejrzewała,
że gitarzysta ma dość dużą tolerancję bólu. Jednak w takim wypadku, co się z
nim teraz działo? Chciała zabrać go do szpitala, jednak on uparcie odmawiał.
Nie przekonała go nawet wtedy, gdy zaczęła w nerwach i niepokoju nazywać go
tchórzem, gdy wyzwała go od nieodpowiedzialnych dzieciaków. Nie wiedziała, co
dokładnie zrobił mu Duff, ale wystarczająco dużo widziała, żeby wiedzieć, że z
takimi obrażeniami nie ma żartów.
- Kurwa, ja pierdolę!
Teraz była pewna, że to nie był
sen. Zerwała się z łóżka i nawołując Izzy’ego, zaczęła go szukać. Nie było go w
żadnym z pokoi, w salonie, ani w kuchni. Została jej tylko łazienka. Zapukała i
nacisnęła klamkę. Zamknięte. Wywróciła oczami i zapytała, czy coś mu się stało.
- Kurwa… zajebię tego gnoja –
wysyczał.
- Izzy? Coś się stało? Mogę
wejść?
Była pewna, że ją zignorował i
nawet się nie odezwie. Jednak nie odpuściła i zaczęła dobijać się do drzwi.
Martwiła się. Odrzuciła myśl, że Izzy po prostu wyrzuca z siebie frustrację i
rozgoryczenie. Jeśli dawałby upust swojemu zdenerwowaniu, po co zamykałby drzwi
na klucz? Słuchała uważnie odgłosów, dobiegających z pomieszczenia. Miała
nadzieję, że nakieruje ją to na to, co dzieje się wewnątrz. Kolejne
przekleństwa, które miały zakamuflować pomruki i ciche stęknięcia. Po chwili
drzwi otworzyły się. Przed nią stał blady jak ściana Izzy, który podtrzymywał
się framugi. Twarz miał wykrzywioną w grymasie bólu, pogardy i złości.
- Jezu, Stradlin, jak ty
wyglądasz – szepnęła i chciała go podtrzymać.
- Co ty tu jeszcze robisz? –
burknął i wyszarpnął się – Mówiłem, że dam sobie radę! Nic mi nie jest!
- Do cholery! Przestań zgrywać
pieprzonego bohatera! – krzyknęła na niego – Komu chcesz zaimponować?! A może
jesteś takim durniem i nie wiesz, że potrzebujesz lekarza?!
- Odwal się, Kate. Nie dopisuj
zasług temu chujowi! Nic mi nie zrobił!
- Aha… ok – wycedziła – mogłeś to
powiedzieć wczoraj! Przynajmniej nie traciłabym czasu dla takiego idioty i nie
siedziałabym przy tobie całą noc!
Wzięła z kanapy swoją skórzaną
kurtkę i bez słowa skierowała się do wyjścia. Spowolniony bólem i lekami
Stradlin nawet nie ruszył się z miejsca. Próbował zmusić się do wysiłku
umysłowego. Co powiedział nie tak? O co te fochy? Przecież powiedział, że nic mu
nie jest, więc nie musi się o niego troszczyć. Może i był trochę poobijany, ale
przecież Duff nie zrobił mu nie wiadomo jakiej krzywdy. Owszem obudził się rano
i miał problem z dojściem do łazienki. I faktycznie, pojawiła się krew, pojawił
się przeraźliwy, paraliżujący ból w boku, ale co z tego? Co z tego, że ciężko
mu się oddychało? Co z tego, że czuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej? Za
dzień, czy dwa mu przejdzie. Po co tyle krzyku i zamieszania? Nie da McKaganowi
satysfakcji z tego, że trochę go poturbował. No może trochę bardziej, niż
chciał przyznać przed samym sobą. Zdawał sobie sprawę z tego, że mógł mieć
całkiem poważne kłopoty z nerkami. Jednak to nic pewnego i powtarzał sobie, że
nawet skopany dół pleców nie powstrzyma go przed normalnym funkcjonowaniem.
- Kate, zaczekaj! Nie to miałem
na myś…
Urwał, gdy usłyszał trzask drzwi
wejściowych. Jeszcze tego mu brakowało, żeby się na niego obraziła. Był jej
wdzięczny za to, że z nim siedziała i pomogła mu opatrzyć te wszystkie ranki i
rozcięcia. Cieszył się, że dotrzymywała mu towarzystwa i mógł z kimś
porozmawiać, posiedzieć i chwilami po prostu pomilczeć. Jej obecność była dla
niego darem od losu, zwłaszcza teraz, gdy niezbyt dobrze dogadywał się z Martą.
Potrzebował towarzystwa zdecydowanie bardziej, niż mu się wydawało. Szczególnie
w sytuacji takiej jak ta, gdy zawisło nad nim widomo leżenia we własnej krwi w
czterech, pozbawionych życia ścianach. Nie miał prawa wyrzucać jej z domu, nie
miał prawa odzywać się w ten sposób. Teraz po prostu było mu głupio, że tak ją
potraktował i wręcz wyrzucił z domu. W myślach dopisał to do listy rzeczy,
które musiał naprawić i odkręcić. Szkoda tylko, że spis spraw do załatwienia,
zamiast się zmniejszać, rozrósł się do gigantycznych rozmiarów.
- Ożeż… kurwa! – pomimo bólu i
otępienia lekami, w jego głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka.
Wiedział, że jego pobicie to
tylko jedna strona medalu. Wątpił, że Duff skopał go, bo miał taki kaprys i
jakby nigdy nic wrócił do domu. Musiał upewnić się, że nie wydarzyło się nic
więcej. Tylko jak w takim stanie miałby dotrzeć do McKaganów i cokolwiek
zdziałać? Potrzebował pomocy i wsparcia. Z trudem dotarł do aparatu
telefonicznego. Sycząc z bólu, wykręcił numer pierwszej osoby, która mu
przyszła do głowy. Czemu on? Prawdopodobnie dlatego, że ostatnimi czasy był dla
Stradlina jedynym sensownym kumplem, kumplem do picia, kumplem do użalania się
nad sobą, kumplem do rozwiązywania sercowych problemów.
- Eee… halo? Tu Izzy… eee… Matt?
– zapytał niepewnie, słysząc lekko zachrypnięty głos.
- Cześć, Matt wyszedł do
restauracji – mężczyzna odchrząknął – coś mam przekazać?
- Słuchaj, Jon… ja… bo kurwa,
jest taka sytuacja i Matt… to znaczy… mam problem i Marta… nie wiem, czy
wszystko z nią w porządku, no bo… może mieć kłopoty…
- Marta jest tutaj – powiedział
szorstko – i raczej nigdzie się stąd nie ruszy. Chodzi o…
- Zajebię go… – krzyknął i skulił
się, czując przeszywający ból w okolicy nerek – czy wszystko z nią w porządku?
Musisz mi powiedzieć!
- Najlepiej będzie, jak sam
wpadniesz i ją zobaczysz…
- Jon! Co jest do cholery? Duff
jej coś zrobił?
- Skąd o tym wiesz? – zapytał
ostro – co się tu, kurwa, dzieje?
- Co za gówniarz! Pieprzony
nieodpowiedzialny dzieciak!
Zdenerwowany rozcierał rękę, na
której widniały niewielkie ślady otarcia. Idealny obraz uszkodzeń powstałych w
wyniku pobicia. Rzecz jasna obrażenia przypisywane napastnikowi. A przecież
przysięgał sobie, że nigdy nie będzie stosował przemocy. Zwłaszcza w stosunku
do swojej rodziny i bliskich. Stracił panowanie. Został sprowokowany bezczelnym
zachowaniem młodszego od siebie o dwadzieścia lat mężczyzny. Nie wiedział, co
by się stało, gdyby nie jego towarzysz. Mógł zrozumieć wszystko – złość, żal, krzyk,
jakąś awanturę, ale nie to. Nie mógł aprobować katowania ludzi, ani w zasadzie
czegoś, co można nazwać przemocą w domu. Tak samo, nie mógł znieść
impertynencji, bezczelności i braku szacunku.
- Co on sobie, kurwa, myśli?!
- Jon… nie powinieneś… - drżącymi
dłońmi próbował zawiązać krawat – nie powinieneś się na niego rzucać…
Kiedy w domu Matta pojawił się
Izzy, w Jonie coś pękło. Nie mógł pojąć, co jego najmłodszy brat wyrabiał, co
go opętało. Chciał z nim porozmawiać. Wiedział, że sam nic nie zdziała, więc po
drodze wstąpił do restauracji i poprosił Matta o wsparcie. Chciał przemówić
Duffowi do rozumu. Miał nadzieję, że mężczyzna, który w pewien sposób był przez
niego wychowany, jakoś się opamięta. Myślał, że rozmowa i przedstawienie faktów
coś w nim poruszy, że zrozumie, co złego zrobił. Przecież miał żonę, miał
dziecko, miał rodzinę, która go kocha. Jak mógł tak po prostu w nerwach ich
odrzucić? Jak mógł w tak brutalny sposób potraktować swoją żonę? Jak mógł pobić
swojego przyjaciela, tylko dlatego, że będąc pod wpływem narkotyków, coś sobie
uroił?
- Słyszałeś go? Kto go, do cholery,
wychowywał?! – prychnął i zerknął na zdartą na kostkach ręki skórę – na pewno
nie mama, ja tym bardziej!
- Jon… ja… ja chyba muszę…
powinieneś…
Próbował zapanować nad oddechem.
Znowu ogarnęła go panika. Kolejny raz czuł, jak usuwa mu się grunt pod nogami.
Obiecał sobie i Duffowi, że nikt nie pozna prawdy. Już raz złamali obietnicę.
Nie wydarzyło się nic złego. Czy nie warto zrobić tego kolejny raz? Przecież
Jon to ich brat. Kocha ich, więc wysługa, zrozumie, nie będzie oceniał. Jon
musi poznać prawdę. Musi spojrzeć na to z innej perspektywy. Powinien wiedzieć,
co przez cały czas czuł Matt, powinien zrozumieć ten strach. Powinien dostrzec
to, czego przez cały czas bał się restaurator i co prawdopodobnie rzutowało na
ostatnim zachowaniu ich brata.
Krople łez kapały na kartkę,
rozmazując atrament. Nie mógł dopuścić do siebie tego, co właśnie przeczytał.
Gdyby ten list miał innego adresata, nigdy by nie uwierzył. Po głowie kołatały
mu się całe zdania. Brutalnie przenikały do jego umysłu. Raniły jak sztylet,
wbijany w ciało. Wylewany żal, gorzkie słowa, wyrzuty, zawód, słowa na
przeprosiny, które nie wyrażały całego ogromu uczuć i zranienia. Dlaczego nie
wiedział o niczym? Czemu to wszystko przed nim ukrywała? Przecież mógł coś
zaradzić, mógł przy niej być, mógł ją wesprzeć. Nawet jeśli kiedyś miał do niej
żal i nie pochwalał jej zachowania, to przecież nigdy jej nie odrzucił, zawsze
był po jej stronie. Często powtarzał, że to jej życie i jej decyzje, którym on
może przyklasnąć albo które musi nauczyć się tolerować. Zawsze starał się
okazywać zainteresowanie jej sprawami, a teraz czytał o niej rzeczy, o których
nie miał zielonego pojęcia.
- Katie, Katie…dlaczego nic nie
mówiłaś? – wymruczał do siebie.
Wszystko waliło mu się na głowę.
W ciągu jednego dnia okazało się, że jego życie to iluzja. W kilka godzin
został pozbawiony szczęścia i radości z tego, jaką ma rodzinę. Najpierw wyskok
Duffa i to, co w szale zrobił. Później cała straszna prawda o przeszłości jego
rodzeństwa. Tyle gorzkich słów, tyle przykrych opisów sytuacji, których
poniekąd był świadkiem. I jeszcze gorsza świadomość, że nigdy go nie obwiniali.
Jeszcze gorsze poczucie, że niczego nie zauważył, że nie interweniował. Przykra
świadomość, że nie poprosili nigdy o pomoc. No i teraz jeszcze jego dziecko.
Jego biedna, mała Katie, która kompletnie się pogubiła. Owszem, nie pochwalał
jej wyborów, nieraz miał jej za złe, że kroczy nie do końca moralną drogą.
Jednak to było jej życie, jej wybory, jej troski i radości. On był tylko ojcem,
który mógł ją wspierać, pocieszać, być przy niej w złych i dobrych momentach,
który po prostu mógł ją kochać. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Ciągle nie
potrafił zrozumieć, czemu tak bardzo się od niego odsunęła. Czemu szukała
pomocy u kogoś innego, zamiast przyjść do ojca? Musi z nią porozmawiać. Musi
powiedzieć, że to wszystko nie ma znaczenia, że ją kocha i jej pomoże. Musi do
niej jechać. Teraz, zaraz, natychmiast. Ale najpierw leki. Najpierw musi
uspokoić serce. Przeszukał szuflady w kuchni. Te tabletki musiały gdzieś tam
być. Szklanka, którą trzymał, wypadła mu z ręki. Trzask szkła. Coraz silniejszy
ból. Musi wziąć tabletki. Coraz trudniej było mu się skupić i zmusić się do
działania. Osunął się na podłogę. Wydawało mu się, że ktoś puka do drzwi. Nie
był w stanie się odezwać. Ciche nieśmiałe kroki.
- Tato? Tato, jesteś tutaj? – w
kuchni pojawiła się młoda kobieta – o B-boże – podbiegła do mężczyzny i padła
na kolana - t-tatusiu, c-co się dzieje?
- Jen, nie przesadzaj – rzucił
ostrzegawczo i poluzował krawat.
- Nie przesadzaj?! Gdzie tu
przesada?! Kate doskonale wie, jakie Jon ma słabe serce i co? Serwuje mu jakiś
głupi liścik z rewelacjami, które doprowadziły go do zawału!
- M-mamo, to nie tak…
- Co nie tak?! Zawsze się we
wszystkim sprzeciwiałaś, wiedziałaś, jakie mamy z ojcem zdanie na temat tych
twoich wojaży i puszczania się z kim popadnie! Chciałaś być tanią dziwką, to
powinnaś liczyć się z konsekwencjami!
- Mamo, to chyba nie jest dobre
miejsce… - zaczął Tony, patrząc na młodszą siostrę, która była bliska płaczu.
Marta patrzyła z boku na tę
awanturę i w niedowierzaniu wytrzeszczała oczy. Spojrzała niepewnie na
stojącego na końcu korytarza Izzyego. Wyglądał na tak samo zdezorientowanego
jak ona. Dopiero co minął pierwszy szok związany z wylądowaniem Jona w szpitalu
i teraz kolejne zaskoczenie. Fakt, widziała najstarszą bratową Duffa tylko
kilka razy, ale zawsze wydawała się jej spokojną, ciepłą osobą. Była
zdezorientowana, widząc jej zachowanie i dobór słownictwa i to jeszcze pod
adresem swojej jedynej córki. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła,
przyjeżdżając tutaj. Czuła się jak intruz. Obca osoba wśród skłóconej i
zdenerwowanej rodziny. Obca osoba, bo w obecnej sytuacji niby kim innym mogłaby
być? Jej małżeństwo wisiało na włosku, dla rodziny Duffa była tylko jakąś tam
żoną, z którą nie mieli zbyt wiele do czynienia albo wręcz przeciwnie – mieli
zbyt dużo kontaktu. Jednak czy zdołałaby usiedzieć spokojnie w domu, wiedząc,
że Jon wylądował w szpitalu? Mimo, że nie znali się tak dobrze, jak kiedyś
Marta znała się z Joan, jednak był jej bliski. Był jej bliski i wiedziała, że
traktował ją jak pełnoprawnego członka rodziny McKaganów. Powoli, próbując nie
zwracać na siebie uwagi, wycofała się i po cichu skierowała do swojego
przyszywanego brata. Postanowiła wykorzystać fakt, że rodzina Duffa się kłóci i
zaprowadzić w tym czasie swojego brata do jakiegoś lekarza, żeby chociaż go
obejrzał.
- Jen, to nie miejsce i czas na
takie sceny! – burknął Matt i wysypał garść tabletek na dłoń – takie głupie
oskarżanie na pewno nie pomoże Jonowi! Kate nie jest niczemu winna!
Kobieta udawała, że go nie słyszy
i całą swoją złość skupiła na Kate. Za drzwiami leżał jej mąż. Leżał tam przez
głupotę swojej butnej córeczki, która zawsze musiała stawiać na swoim. Był
nieprzytomny i po zawale tylko przez Kate i jej bezmyślne zachowanie. Jak
Jennifer mogła być spokojna? Jak mogła nie dać reprymendy nieposłusznemu
dziecku?
- M-mamo, j-ja nie… t-to…
Głośny plask zagłuszył następne
słowa kobiety. Złapała się za piekący i czerwony policzek i patrzyła zaskoczona
na matkę. Nigdy dotąd jej nie uderzyła. Nigdy nie upokorzyła jej tak przy ludziach.
Nigdy. Chciała zapaść się pod ziemię, chciała zniknąć. A jeszcze bardziej
chciała cofnąć czas i nigdy nie wysyłać tego głupiego listu. Ze łzami w oczach uciekła.
- Co ty, kurwa, robisz?! To jest
twoje dziecko!
Pojebało ją?! Jak mogła
uderzyć Kate?! Co ona sobie, do cholery, myśli?! Co jej odbiło?! Matt
zacisnął pięści. Był zły. Z każdą sekundą coraz bardziej się denerwował. Nie
mógł stać spokojnie, widząc, jak ktoś bezpodstawnie bije swoje dziecko.
- Odpieprz się Matt! Gówno wiesz
o rodzinie i wychowywaniu dzieci, więc mnie nie pouczaj!
- Co proszę?! Możesz pomiatać,
kim ci się podoba, bo masz rodzinę?!
- Znajdź sobie jakąś babę i nie
wpieprzaj się w nie swoje sprawy! – krzyknęła, nie zwracając uwagi na to, że
nie są sami – ach… jak mogłam zapomnieć… żadna nie chce takiego pieprzonego
świra i lekomana, który wchrzania się z butami w cudze życie!
Zamarł. Słowa docierały do niego
jak w zwolnionym tempie. Pierwszy raz usłyszał od kogoś coś takiego. Nikt nigdy
nie dopiekł mu tak jak ona. Świr i lekoman? Owszem, wiedział o tym, za takiego
się postrzegał, ale nikt nigdy nie wykrzyczał mu tego w twarz. Nikt nigdy nie
wypowiedział na głos tego, co tak naprawdę o nim myśli. Nie spodziewał się, że
to będzie właśnie Jennifer. Zawsze ją cenił i szanował, zawsze uważał za
szczerą i dobrą osobę. Teraz czuł się, jakby w ogóle nie znał żony swojego
brata. Idiotka… może i kurwa jestem pojebem, którego nikt nie chce, ale może
to i lepiej? Przynajmniej nikogo bliskiego nie zranię swoim zachowaniem!
Przynajmniej nikomu nie zrobię krzywdy! Bez słowa odwrócił się na pięcie i
odszedł w kierunku, w którym pobiegła Kate.
- Katie?
Stała przodem do ściany. Czołem
opierała się o mur. Płakała. Nie była tą pewną siebie kobietą, którą znał Matt.
Nie było w niej tej postawy, którą zawsze mu imponowała. Teraz była zagubionym
dzieckiem, które obwiniało się o sprowadzenie ojca do szpitala. Podszedł do
niej i położył dłoń na ramieniu. Chciał ją odwrócić ku sobie i przytulić. Jej
reakcja kompletnie go zaskoczyła.
- Zostaw mnie, kurwa! – zaczęła
się szarpać – c-co ty sobie, kurwa, myślisz?! – na ślepo okładała go pięściami
– Puszczaj mnie! M-może chcesz mnie t-też uderzyć, co?!
- Kate… spokojnie!
Wykorzystał przewagę fizyczną i
skrępował jej ręce, przyciągając ją do siebie. Po chwili przestała się wyrywać,
jakby zupełnie się poddała. Objął ją i uspokajająco pogładził po głowie.
Szlochając, wtuliła się w niego. Powtarzał jej, że to nie jej wina, że Jonowi
nic nie będzie. Zapewniał ją, że nie miała wpływu na to, co się stało. Prosił,
by nie przejmowała się zachowaniem matki i nie brała go do serca. Pod wpływem
jego głosu, zaczęła się uspokajać.
- Nawet się nie odzywaj –
oskarżycielsko wycelował w nią palec, zanim zdążyła się odezwać – ani
pieprzonego słowa!
- Ale, Izzy! Popatrz, jak ty
wyglądasz! Lekarz musiał cię chociaż przebadać – zawołała, patrząc
niecierpliwie na mężczyznę, który nawet nie zamierzał się zatrzymać przy niej –
nie zachowuj się jak dziecko, dobrze wiem, że wszystko cię boli…
- Jakbym, kurwa, potrzebował
jebanych konowałów, to sam bym tu przyszedł – burknął i spojrzał niechętnie na
pielęgniarkę, która chciała zaprowadzić go na badania – jeszcze umiem chodzić,
nie potrzebuje jakiegoś wózka!
Szarpnął ręką, żeby wyswobodzić
się z opiekuńczych rąk kobiety w białym fartuchu. Nikt nie będzie go traktował
tak, jakby był ubezwłasnowolniony. Chcą zrobić mu te badania? Proszę bardzo,
ale nie zamierza ich utwierdzać w przekonaniu, że potrzebuje ich pomocy. Miał
gdzieś, że bolało go coraz bardziej. Miał w dupie fakt, że w moczu pojawiła się
krew i że po kilku godzinach było jej coraz więcej. Nie zwracał uwagi na
zawroty głowy i drżenie ciała. Izzy Stradlin tak łatwo się nie poddaje. Miał
ochotę nawrzeszczeć na pielęgniarkę, która ciągle próbowała zachęcić go do
skorzystania z wózka. Ruszył przed siebie tak szybko, jak pozwalał mu na to
ból.
- Jeszcze mi, kurwa, za to
zapłacisz McKagan… - mruczał pod nosem - jeszcze się zem…
Pociemniało mu przed oczami. Miał
wrażenie, że spada w jakąś przepaść. Słyszał niezbyt wyraźnie, jak ktoś krzyczy
jego imię. Po chwili stracił świadomość.
- Panie doktorze, co z nim?
Jestem jego siostrą…
Mężczyzna wsunął ręce w głębokie
kieszenie fartucha. Westchnął i spojrzawszy na nieprzytomnego pacjenta,
pokręcił ze zrezygnowaniem głową. W całej prawie dwudziestoletniej praktyce nie
spotkał tak nieodpowiedzialnego, dorosłego człowieka. Jak tylko zobaczył
Jeffrey’a Isbella, wiedział, że będą z nim kłopoty. Czarnowłosy gitarzysta
nosił ślady ciężkiego pobicia. Niby ktoś udzielił mu niewielkiej pomocy
medycznej i opatrzył część ran, ale wstrząśnienie mózgu, złamane żebro i prawie
krwawa miazga zamiast nerki, zdecydowanie kwalifikowały się do natychmiastowej
interwencji szpitalnej.
- Mam być szczery? – zapytał
zrezygnowany – pani brat to kompletny idiota. Nie rozumiem, jak mógł zignorować
tak poważne obrażenia. Udało nam się zachować w całości jego nerkę, raczej nie
powinien mieć z nią w przyszłości problemów. Miał dużo szczęścia, że złamane
żebro nie przebiło płuca. Wprowadziliśmy go w śpiączkę farmakologiczną, żeby
szybciej doszedł do siebie.
- A-ale… nerka… jak to?
- Mogło być gorzej. Prawdę
powiedziawszy, jestem zdziwiony, że ocalała, bo na usg wyglądało to
nieciekawie.
- Och… - wytrzeszczyła oczy – ja…
nie wiedziałam, to znaczy… dopiero w szpitalu… eee… bo mój szwagier… i
zawołałam lekarza, bo Izzy… to znaczy Jeff wyglądał strasznie – spojrzała na
leżącego na szpitalnym łóżku brata - Dlaczego stracił przytomność przed
badaniami? Coś mu się stało?
- Nie… nie wydaje mi się,
zrobiliśmy mu tomografię, ale niczego nie wykazała. Prawdopodobnie zemdlał z
bólu, bo był zbyt silny i organizm… hm nie był w stanie sobie z tym poradzić. I
tak sporo wytrzymał. W zasadzie, w takim stanie nie powinien się nawet ruszać,
nie odczuwając przy tym silnego bólu. Twarda z niego sztuka.
- Zabiję go, jak się obudzi… -
mruknęła i spojrzała przepraszająco na lekarza – on po prostu nigdy mnie nie
słucha i chyba chce mnie wprowadzić do grobu. Mogłabym przy nim posiedzieć?
Skinął głową i wyszedł z
pomieszczenia. Marta spojrzała na aparaturę przy łóżku Stradlina. Doigrałeś
się, Panie-Nic-Mi-Nie-Jest… chciałeś się zabić, Głupku? Dlaczego nie chciałeś
jechać do szpitala, jak Kate cię znalazła, co? Chciałeś pokazać, jaki jesteś
niezależny? Usiadła na skraju łóżka i delikatnie położyła dłoń na jego
owiniętej bandażami klatce piersiowej. Zupełnie tak, jakby chciała się upewnić,
że kardiomonitor nie kłamie. Kiedy zobaczyła Izzyego w drzwiach domu Matta,
zrobiło się jej słabo. Była prawie pewna, skąd te wszystkie obrażenia. Nie
chciała dopuścić do siebie tej przykrej prawdy, ale słuchając poobijanego
chłopaka, nie miała wyboru. Wszystkie jej postanowienia i zamiary legły w
gruzach. Mimo, że postępowała i myślała irracjonalnie, chciała porozmawiać z
Duffem i wyjaśnić to całe nieporozumienie, odeprzeć te wszystkie krzywdzące
zarzuty, sprostować raniące oskarżenia. Była przerażona, owszem. Paraliżował ją
strach, gdy myślała o tym, co Duff chciał z nią zrobić, jednak próbowała go
tłumaczyć. Próbowała wmówić sobie, że to tylko narkotyki, że wyolbrzymiły
niepokój i wyobraźnię Duffa, że gdy tylko wytrzeźwieje i usłyszy jej
wyjaśnienia, zrozumie, że popełnił błąd i ją przeprosi. Była skłonna dać mu
szansę i mu wybaczyć. Jednak to, co zobaczyła kilka godzin temu, przekreśliło
wszystko. Nie mogła przymknął oka na to, w jakim stanie był Izzy. Nie mogła
wybaczyć Duffowi, że bezpodstawnie skatował jej brata. Nie zamierzała tolerować
czegoś takiego. Nie próbowała udowodnić, że nie boi się męża, który nawet nie
potrafił nad sobą zapanować. Co by było, gdyby się nie wyrwała? Co by było,
gdyby to ją by tak skatował? Co by było, gdyby zrobił krzywdę Jeffowi, tylko za
to, że ubzdurał sobie, że to nie jego dziecko?
What's left inside him
Don't he remember us
Can't he believe me
We seemed like brothers
Talked for hours last month
About what we wanna be
I sit now with his hand in mine
But I know he can't feel
No one knows what's done is done
It's as if he were dead
I'm close to his mother
And she cries endlessly
Lord, how we miss him
At least what's remembered
It's so important
To make best friends in life
But it's hard when my friend
Surch with blank expressions
No one knows what's done is done
It's as if he were dead
He as hollow as I alone
A shed of my friend just flesh and bones
There's no soul, he sees no love
I shake my fists at skies above
Don't he remember us
Can't he believe me
We seemed like brothers
Talked for hours last month
About what we wanna be
I sit now with his hand in mine
But I know he can't feel
No one knows what's done is done
It's as if he were dead
I'm close to his mother
And she cries endlessly
Lord, how we miss him
At least what's remembered
It's so important
To make best friends in life
But it's hard when my friend
Surch with blank expressions
No one knows what's done is done
It's as if he were dead
He as hollow as I alone
A shed of my friend just flesh and bones
There's no soul, he sees no love
I shake my fists at skies above
- Tak bardzo przepraszam, Izzy… -
wyszeptała i pochyliła się nad nim, żeby pocałować go w czoło – to wszystko
moja wina… ja… nie wiem… nie ro… - urwała i z przestrachem obróciła się, czując
za sobą czyjąś obecność – Jezu… Matt, zwariowałeś?
- Przepraszam – mruknął –
przyniosłem ci kawę. Jak on się czuje?
- Nie wiem… podobno mogło być
dużo gorzej… - z wdzięcznością wzięła od mężczyzny styropianowy kubek – nie
wierzę, Matt, nie wierzę, że on mu to wszystko zrobił! – popatrzyła bezradnie
na Izzyego - Jak, do cholery? Byliście u niego, mówiliście… powiedzieliście, że
wgląda normalnie. Nie wierzę, że Stradlin tak po prostu dał się skatować! Nie
Izzy…
- Marta, ja naprawdę nie wiem, co
tam się stało – stanął za nią i położył dłonie na jej ramionach, pozwalając, by
się o niego oparła.
- Nie rozumiem, czemu on się nie
bronił… - mruknęła z niedowierzaniem – co z Jonem?
- Daj spokój… regularna awantura
na korytarzu. Jen najpierw zmieszała Kate z błotem, później Jon odzyskał
przytomność i pechowo dla Katie, chciał rozmawiać tylko z nią. Żebyś widziała
Jennifer! Wyglądała, jakby miała rozszarpać najpierw pielęgniarkę, a później
Jona i Kate… - widząc zaskoczoną minę Marty, dodał - zawsze uważała, że jej
córeczka jest czarną owcą i nie raz w nerwach nazywała ją dziwką, ale…
cóż…jakby nie było i jakby to nie wyglądało, to Jon jest w tej rodzinie
bardziej tolerancyjną i pobłażliwą stroną. No i kocha Katie nad życie, to chyba
jego główny grzech. Oczywiście zdaniem Jen… z tego, co wiem, nie raz się o nią
kłócili – pokręcił głową i burknął - dziś nawet mi się oberwało…
- Co? Jak to?
- Nieważne… Jen, chyba sama nie
wie, co mówi…
- Wyglądają na kochającą się
rodzinę… - westchnęła – Matt? Czy… czy myślisz, że… to znaczy… bo wydaje mi
się, że ten zawał… że to raczej przez sytuację z Duffem, a nie… to nie wina
Kate i tego listu…
- Tego nie wiemy i nie ma sensu
nikogo obwiniać albo czuć się winnym.
Nie wiedział, co powiedzieć. Po
części nie chciał szukać winnego, bo wtedy musiałby się przyznać, że sam się do
tego przyczynił. Czy dałby radę unieść taki ciężar? Potrafiłby przyznać, że
przez jego roztrzepanie Jon znalazł się w szpitalu? Przecież łatwiej było
myśleć, że to nerwy na Duffa i list Kate doprowadziły go do takiego stanu. Taki
popieprzony z ciebie tchórz, Matt? Naprawdę? Chcesz zostawić Katie z poczuciem
winy, bo boisz się przyznać, co mu powiedziałeś? A może boisz się Jen, co? Przecież
nieźle ci dziś dogadała… ale przecież miała rację… świr i lekoman… a poza tym,
mięczak z ciebie… i dziwisz się później, że żadna dziewczyna cię nie chce! Sam
bym nie chciał mieć do czynienia z takim gównem… a co dopiero ktoś inny…
Liczysz na normalną, inteligentną kobietę? Tak? Liczysz, że ktoś cię pokocha,
dowartościuje? Żałosne… ach… przecież zapomniałem o najważniejszym! Kto
chciałby faceta, którego tatuś bił i znęcał się psychicznie? Kto chciałby męża,
który leczył się w psychiatryku? Która kobieta będzie chciała faceta, który po
latach wypłakiwał się w ramię brata i żalił mu się, co go spotkało ponad
dwadzieścia lat temu?! Nerwowo podrygiwał nogą, próbując uspokoić umysł.
Miał do siebie żal o to, że próbował jakoś wytłumaczyć Duffa przed Jonem. Był
zły na siebie, że w ogóle wspomniał o ojcu. Jon o niczym nie wiedział i tak
powinno zostać. Jednak, czy to, co zrobił Duff i to co się z nim stało, nie
jest winą ich ojca? Ile razy czytał o ofiarach przemocy w rodzinie, które
później same stawały się katami i oprawcami? Ile razy dzielił się swoim
niepokojem z psychiatrami i z Abigail? Ile razy zapewniali go, że niekoniecznie
musi być taki jak ojciec? A co jeśli to właśnie dopadło Duffa? Stary… czemu
ty go próbujesz tłumaczyć? Widziałeś, co zrobił ze Stradlinem! Widziałeś, w
jakim stanie Marta do ciebie przyszła! Widziałeś, jak ten dupek ją potraktował!
Po chuj szukasz mu usprawiedliwień?!
- Zapewniam cię, że Jon na pewno
nie będzie chciał się przyznać, co go doprowadziło do takiego stanu i na pewno
nie będzie osądzał – uśmiechnął się niepewnie, próbując ukryć zmieszanie –
chodź, podrzucę cię do domu, bo muszę zerknąć, co z Joan. Nie lubię jej
zostawiać tak długo samej.
- Dzięki, ale posiedzę z nim.
- Kochana, to nie była
propozycja, tylko rozkaz. Sen na pewno ci się przyda, no i nie wiem, czy
uprzedziłaś tę… eee… Lucy?
- O Boże, Jeff! Kompletnie
zapomniałam, że nie uprzedziłam Lucy…
Biła się z myślami. Kompletnie
nie wiedziała, co robić. Nawet nie miała się kogo poradzić. Ironia losu. Zawsze
to ona była dla ludzi ostoją, wsparciem. To ona służyła radą, pomysłem,
wsparciem i rozmową. Kiedy znalazła się w sytuacji dla siebie kryzysowej, nawet
nie miała kogoś, kogo mogłaby poprosić o pomoc. W zasadzie ktoś był. Tylko, że
to on był powodem jej problemów. Miała iść do niego i radzić się go w jego
własnej sprawie? Ależ z ciebie idiotka, Abigail! Nieprofesjonalna idiotka!
Coś ty sobie myślała? Już traktowanie go jak kogoś więcej, niż pacjenta, było
błędem! Ale zakochać się?! Do jasnej cholery, co z tego, że jest przystojny? Co
z tego, że jest gentlemanem? To, że jest wychowany, inteligentny i inny niż
wszyscy, nie znaczy, że masz się w nim zakochiwać! Zachowała się jak
małolata. Trzydziestotrzyletnia kobieta, a czasem miała wrażenie, że cofnęła
się do czasów, gdy była nastolatką. Było jej wstyd. Czuła się tak, jak
dziewczynka, która znalazła sobie wyimaginowanego księcia na białym koniu. Nie
była pewna, czy wmówiła sobie, że Matt jest ideałem, czy po prostu faktycznie
był zupełnie inny od wszystkich znanych jej mężczyzn. Nie wyobrażała sobie
kolejnej sesji z nim. Bała się, że zachowa się jak idiotka. Najlepszym i
jedynym wyjściem było chyba powiedzenie mu wszystkiego jak najszybciej. Znała
go na tyle, że wiedziała, iż jej nie wyśmieje. Wiedziała, że ją wysłucha, że da
jej powiedzieć wszystko, co chce mu przekazać. Tylko jak mam to zrobić?
„Cześć, Matt, wiesz co… znamy się tyle czasu i chyba się w tobie zakochałam?
Może przestaniesz być moim pacjentem i umówimy się na randkę?” Roześmiała
się w myślach. Nawet w jej głowie brzmiało to irracjonalnie. Jednak chciała się
podzielić z nim swoimi uczuciami. Co jej szkodziło? Przecież oboje byli
samotni. Matt nie raz żalił się, że ma dość kawalerskiego życia, że może gdyby
kogoś miał, jego życie wyglądałoby inaczej, że może wtedy byłby pewniejszy
siebie. Wzięła głęboki oddech. Stała przed jego domem i wyciągnęła rękę do
dzwonka. Miała ostatnią szansę, by się wycofać. Nacisnęła guzik. Nikt nie
otwierał. Już chciała się wycofać, gdy drzwi się uchyliły. Stanęła w nich młoda
kobieta. Dopinała guziki koszuli. Jego koszuli. Pod spodem miała tylko
bieliznę.
- Tak? – odezwała się i
uśmiechnęła.
- Ja… ja…
Odebrało jej mowę. Obecność
kobiety w jego domu była co najmniej dwuznaczna. Ale czemu ją oszukał? Mówił
przecież, że jest samotny, że nikogo nie ma. Ta kobieta otworzyła drzwi w samej
bieliźnie, okrywając się jedną z jego koszul. Wygląda, jakby dopiero co wstała
z łóżka. Kim ona była? Dlaczego Matt się nie przyznał, że kogoś ma? Czemu ją
okłamywał? Och, idiotko… jak mógł cię okłamywać, skoro nigdy niczego ci nie
obiecywał? Nie musiał ci się spowiadać z każdej kobiety, którą zapraszał do
łóżka!
- Proszę pani, dobrze się pani
czuje? – niska brunetka ponownie się odezwała.
- Ja tylko… chciałam… muszę
porozmawiać z Mattem…
Boże… ile ona ma lat?
Dwadzieścia? Na starszą nie wygląda… Matt lubi tak młode dziewczyny? I ja niby
miałabym mieć szansę? Co ze mnie za idiotka. Dopiero teraz dotarło do niej,
jaki to był głupi pomysł. Powinna zachować dla siebie to, co czuje i co
chciałaby od tego mężczyzny.
- Przykro mi… Matt jest w
szpitalu, jego brat miał zawał. Czy… coś mam mu coś przekazać, jak wróci?
To ona tutaj mieszka? Jak to
możliwe, że on tak kłamał? Mówił, że mieszka tylko z siostrą! Tylko z Joan! A
to przecież nie ona, bo Joan jest starsza od niego i widziałam jej zdjęcie! O
co tutaj chodzi? Myślałam, że jest inny… że jest wyjątkowy…
- N-nie… to nie będzie koniczne.