piątek, 7 marca 2014

47.



Well... w końcu zebrałam się w sobie i coś skleciłam
od razu uprzedzam nie jest to rozdział wysokich lotów, zdaję sobie z tego sprawę
jednak z każdą kolejną przerwą ciężej jest wrócić do pisania,
poza tym... niestety jestem coraz starsza, a w przypadku blogowania jest to raczej minus...
ciężko jest mi się skupić, zebrać myśli, bo krążą zupełnie gdzieś indziej, dlatego rozdział taki pourywany i chaotyczny
zlepki krótszych lub dłuższych scenek, które w zasadzie musiały jakoś tam się pojawić, które wrzuciłam do jednego koślawego rozdziału
mam nadzieję, że kolejny rozdział pod względem akcji, sytuacji, zjawisk, scen i innego gówna będzie lepszy
motyw przewodni Pantera-Hollow, w którym jestem absolutnie zakochana i nie mogłam się powstrzymać, żeby go tu nie wcisnąć :D
tak wiem, Marta jest Waszą najmniej lubianą postacią :P
jeśli są błędy, literówki czy coś, to wybaczcie jestem ślepa i nie nadaję się do korekty własnych tekstów :D
***
Gdy wszedł do pokoju, spała. Rozkopała kołdrę, odkrywając swoje drobne, zwinięte w kłębek ciało. Sweter Matta, który miała na sobie, wydawał się gigantyczny. Dostrzegł sine pręgi na jej nadgarstkach. Zacisnął pięści, by stłumić złość. Po telefonie swojego brata, zadzwonił do Tony’ego z wyjaśnieniami i od razu złapał najbliższy możliwy lot do Los Angeles. Przez ponad godzinę słuchał opowieści rozgorączkowanego Matta, który relacjonował mu wczorajsze wydarzenia. Był prawie pewny, że jego najgorsze obawy się potwierdzą. Nie był w stanie dopuścić tego do świadomości, ale wszystkie okoliczności były przeciwko niemu. Z bólem serca musiał przyznać, że prędzej uwierzy w to, że jego własny brat próbował skrzywdzić tę drobną dziewczynę, niż w to, że jej stan i wczorajszy strój nie mają związku z Duffem. Usiadł na skraju łóżka i okrył ją kołdrą. Dopiero teraz zauważył, że ma zapuchniętą od płaczu twarz. Coraz bardziej nie podobało mu się to. Nie wyglądało to na zwykłą kłótnię, czy nieprzyjemną wymianę zdań.
- Jon… no kurwa… nie dzwoniłbym, ale… - do pokoju zajrzał Matt – spanikowałem, a ona… ona no… nie chciała nic mówić… cały czas tylko szlochała i mamrotała pod nosem, że nie może tam wrócić…
- Dobrze zrobiłeś… chyba będę musiał sobie poważnie pogadać z naszym młodszym braciszkiem – spojrzał na mężczyznę – idziesz do restauracji?
- No… skoro jesteś… zostałbyś z Martą? I Joan niedługo wstanie – poprawił krawat – mamy mieć jakąś kontrolę w przyszłym tygodniu, muszę tam parę spraw dopilnować.
- Nie spiesz się i pozałatwiaj wszystko na spokojnie.
Znów został sam ze swoimi myślami. Patrząc teraz na dziewczynę, nie mógł odpędzić od siebie nieprzyjemnego poczucia, że to wszystko jego wina. Może jego szczera chęć pomocy matce przy wychowaniu najmłodszych dzieci, wcale nie była dobrym pomysłem? Może tylko pogorszył sytuację? Czy gdyby się nie wtrącał, mama poradziłaby sobie lepiej z Duffem i Mattem? Czy gdyby nie ojcował niesfornemu bratu, chłopak wyrósłby na lepszego człowieka? Jakie błędy popełnił? Przecież starał się ze wszystkich sił. Chciał wychować swoje dzieci i jednocześnie ukoić ból po stracie Jane, pomagając mamie z jej pociechami. Zupełnie tak, jakby opiekując się dwójką dzieciaków, mógł zabić poczucie winy, które towarzyszyło mu każdego dnia. Co zrobił nie tak? Przecież nie mógł wychować Duffa na tak złego człowieka. Przecież wiedział, że farbowany blondyn się zmienił, że nigdy nie był aż takim dupkiem. Po odejściu z wojska, chciał odkupić swoje winy, chciał być dla innych wsparciem w trudnych chwilach, chciał być w pewnym stopniu wyrocznią, ale przede wszystkim chciał być w pełni oddany swojej rodzinie i być przy niej zawsze, gdy będzie go ktoś potrzebował. A teraz… teraz znów zawiódł, znów okazał się beznadziejnym człowiekiem, który zamiast pomagać, szkodzi jeszcze bardziej. Ukrył twarz w dłoniach. Modlił się, żeby nie było tak źle, jak mu się wydawało. Z zamyślenia wyrwał go cichy krzyk. Brunetka zerwała się z łóżka, dysząc ciężko. Oczy napełniły się łzami. Dopiero po kilku chwilach dotarło do niej, że nie jest sama w pomieszczeniu.
- J-jon? C-co… j-jak – drżącą dłonią otarła twarz i odgarnęła włosy z twarzy – s-skąd…
- Matt mówił, że chyba mnie potrzebujesz i och…
Dziewczyna wyplątała się z pościeli i szlochając cicho, wtuliła się w mężczyznę. Zaskoczony objął ją mocno i zaczął czule gładzić po głowie i plecach. Kiedy ostatni raz kogoś tak tulił? Kiedy po raz ostatni ktoś tak się w niego wtulał? Czy to nie była Kate kilkanaście lat temu, gdy nie była jeszcze butną nastolatką, a później samodzielną, niesłuchającą nikogo, niezależną kobietą? Mała, urocza Katie, jego ukochana córeczka, która szukała pocieszenia w jego ramionach, której był skłonny wszystko wybaczyć. Już dawno zapomniał, jakie to uczucie. Teraz, trzymając w ramionach Martę, obudziła się w nim uśpiona od lat ojcowska troska. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co brunetka do niego czuła. W sumie od razu ją rozszyfrował. Podejrzewał to od samego początku, gdy Joan była w szpitalu. Wiedział, że się tego wstydziła, ale dla niego było to lepsze niż jakikolwiek komplement, który mógł usłyszeć. Stanowiło to pewnego rodzaju wyróżnienie, na które jego zdaniem nie zasłużył.
- Nie musisz nic tłumaczyć – szepnął – powiedz mi tylko… to Duff?
- O-on… g-głupoty… j-ja c-chciałam s-się w-wyrwać… k-krzyczał, ż-że go z-zdradziłam, ż-że Jeff nie j-jest jego…
- Co?!
- J-ja p-przysięgam… j-ja n-nigdy nie… j-ja… k-kopnęłam g-go… g-go, b-bo n-nie c-chciał m-mnie p-puścić… k-kopnęłam t-tam… j-ja… b-był pijany… c-coś ć-ćpał… k-krzyczał i w-wyzywał…
- Zrobił ci jakąś krzywdę? – zapytał przez zaciśnięte zęby, próbując kontrolować narastający w nim gniew – Zrobił ci coś, Dziecinko?
Oderwała się i pokazała mu sine nadgarstki. Ciągle mamrotała, że nie zrobiła nic z rzeczy, o które oskarżał ją Duff. Szlochała, powtarzając, że musiała się wyrwać, że nie chciała uciekać się do drastycznych metod, żeby ją puścił. Zdawała się nie słyszeć pytania Jona, czy prócz śladów na rękach, odniosła jeszcze jakieś obrażenia. Czuła ulgę, że jest przy niej. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Wiedziała, że przy nim nic jej nie grozi, że nie pozwoli jej skrzywdzić.
- Marta… skup się… - mruknął – czy coś ci się jeszcze stało prócz tych siniaków?
- J-jon, musisz m-mi u-uwierzyć… J-jeff jest j-jego… ja nigdy g-go n-nie z-zdradziłam! N-nigdy! J-ja…
- Wiem… - przerwał jej i spojrzał jej w oczy – wiem, Marta… nawet przez chwilę nie pomyślałem, że to może być prawda.
Porażka. Katastrofalna porażka. Mimo, że nie miał wpływu na dorosłego brata i na jego zachowanie, czuł złość i wstyd. Już nawet nie chodziło o Martę i cała sympatię, którą ją darzył. Był oburzony brakiem szacunku względem kobiet, który zaprezentował Duff. Był zły na gwałtowność i brutalność jego czynów. Czuł zażenowanie na myśl o tym, co jego rodzony brat zrobił niewinnej kobiecie. Chciał zrobić mu awanturę, doprowadzić go do porządku, zrobić kazanie jak małemu dziecku… tylko był jeden problem – od lat Jon nie miał kompletnie żadnego wpływu na jego życie. Mógł tylko zasugerować mu, co powinien zrobić, zwrócić uwagę na błędy, jednak nic z tego tak naprawdę nie wynikało. Duff nie musiał go słuchać, nie musiał traktować go jak wyroczni i absolutu.

- Kurwa mać!
To sen, czy ktoś naprawdę krzyczał? To tylko twór jej wyobraźni, czy rzeczywistość? Otworzyła oczy i zaspanym wzrokiem rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie było przy niej Stradlina, z którym postanowiła zostać na noc, widząc, w jakim jest stanie. Wczoraj z trudem pokonywał odległość kilku kroków. Nie pomagały nawet leki przeciwbólowe. Dosłownie przy każdym ruchu, wymagającym trochę większej siły, mężczyzna syczał i jęczał z bólu. To było do niego niepodobne. Nie raz dziwiła się, że mężczyzna nigdy nie uskarżał się na ślady pobicia, siniaki i tego typu rzeczy, które chcąc, nie chcąc były kilka lat temu dość częste. Podejrzewała, że gitarzysta ma dość dużą tolerancję bólu. Jednak w takim wypadku, co się z nim teraz działo? Chciała zabrać go do szpitala, jednak on uparcie odmawiał. Nie przekonała go nawet wtedy, gdy zaczęła w nerwach i niepokoju nazywać go tchórzem, gdy wyzwała go od nieodpowiedzialnych dzieciaków. Nie wiedziała, co dokładnie zrobił mu Duff, ale wystarczająco dużo widziała, żeby wiedzieć, że z takimi obrażeniami nie ma żartów.
- Kurwa, ja pierdolę!
Teraz była pewna, że to nie był sen. Zerwała się z łóżka i nawołując Izzy’ego, zaczęła go szukać. Nie było go w żadnym z pokoi, w salonie, ani w kuchni. Została jej tylko łazienka. Zapukała i nacisnęła klamkę. Zamknięte. Wywróciła oczami i zapytała, czy coś mu się stało.
- Kurwa… zajebię tego gnoja – wysyczał.
- Izzy? Coś się stało? Mogę wejść?
Była pewna, że ją zignorował i nawet się nie odezwie. Jednak nie odpuściła i zaczęła dobijać się do drzwi. Martwiła się. Odrzuciła myśl, że Izzy po prostu wyrzuca z siebie frustrację i rozgoryczenie. Jeśli dawałby upust swojemu zdenerwowaniu, po co zamykałby drzwi na klucz? Słuchała uważnie odgłosów, dobiegających z pomieszczenia. Miała nadzieję, że nakieruje ją to na to, co dzieje się wewnątrz. Kolejne przekleństwa, które miały zakamuflować pomruki i ciche stęknięcia. Po chwili drzwi otworzyły się. Przed nią stał blady jak ściana Izzy, który podtrzymywał się framugi. Twarz miał wykrzywioną w grymasie bólu, pogardy i złości.
- Jezu, Stradlin, jak ty wyglądasz – szepnęła i chciała go podtrzymać.
- Co ty tu jeszcze robisz? – burknął i wyszarpnął się – Mówiłem, że dam sobie radę! Nic mi nie jest!
- Do cholery! Przestań zgrywać pieprzonego bohatera! – krzyknęła na niego – Komu chcesz zaimponować?! A może jesteś takim durniem i nie wiesz, że potrzebujesz lekarza?!
- Odwal się, Kate. Nie dopisuj zasług temu chujowi! Nic mi nie zrobił!
- Aha… ok – wycedziła – mogłeś to powiedzieć wczoraj! Przynajmniej nie traciłabym czasu dla takiego idioty i nie siedziałabym przy tobie całą noc!
Wzięła z kanapy swoją skórzaną kurtkę i bez słowa skierowała się do wyjścia. Spowolniony bólem i lekami Stradlin nawet nie ruszył się z miejsca. Próbował zmusić się do wysiłku umysłowego. Co powiedział nie tak? O co te fochy? Przecież powiedział, że nic mu nie jest, więc nie musi się o niego troszczyć. Może i był trochę poobijany, ale przecież Duff nie zrobił mu nie wiadomo jakiej krzywdy. Owszem obudził się rano i miał problem z dojściem do łazienki. I faktycznie, pojawiła się krew, pojawił się przeraźliwy, paraliżujący ból w boku, ale co z tego? Co z tego, że ciężko mu się oddychało? Co z tego, że czuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej? Za dzień, czy dwa mu przejdzie. Po co tyle krzyku i zamieszania? Nie da McKaganowi satysfakcji z tego, że trochę go poturbował. No może trochę bardziej, niż chciał przyznać przed samym sobą. Zdawał sobie sprawę z tego, że mógł mieć całkiem poważne kłopoty z nerkami. Jednak to nic pewnego i powtarzał sobie, że nawet skopany dół pleców nie powstrzyma go przed normalnym funkcjonowaniem.
- Kate, zaczekaj! Nie to miałem na myś…
Urwał, gdy usłyszał trzask drzwi wejściowych. Jeszcze tego mu brakowało, żeby się na niego obraziła. Był jej wdzięczny za to, że z nim siedziała i pomogła mu opatrzyć te wszystkie ranki i rozcięcia. Cieszył się, że dotrzymywała mu towarzystwa i mógł z kimś porozmawiać, posiedzieć i chwilami po prostu pomilczeć. Jej obecność była dla niego darem od losu, zwłaszcza teraz, gdy niezbyt dobrze dogadywał się z Martą. Potrzebował towarzystwa zdecydowanie bardziej, niż mu się wydawało. Szczególnie w sytuacji takiej jak ta, gdy zawisło nad nim widomo leżenia we własnej krwi w czterech, pozbawionych życia ścianach. Nie miał prawa wyrzucać jej z domu, nie miał prawa odzywać się w ten sposób. Teraz po prostu było mu głupio, że tak ją potraktował i wręcz wyrzucił z domu. W myślach dopisał to do listy rzeczy, które musiał naprawić i odkręcić. Szkoda tylko, że spis spraw do załatwienia, zamiast się zmniejszać, rozrósł się do gigantycznych rozmiarów.
- Ożeż… kurwa! – pomimo bólu i otępienia lekami, w jego głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka.
Wiedział, że jego pobicie to tylko jedna strona medalu. Wątpił, że Duff skopał go, bo miał taki kaprys i jakby nigdy nic wrócił do domu. Musiał upewnić się, że nie wydarzyło się nic więcej. Tylko jak w takim stanie miałby dotrzeć do McKaganów i cokolwiek zdziałać? Potrzebował pomocy i wsparcia. Z trudem dotarł do aparatu telefonicznego. Sycząc z bólu, wykręcił numer pierwszej osoby, która mu przyszła do głowy. Czemu on? Prawdopodobnie dlatego, że ostatnimi czasy był dla Stradlina jedynym sensownym kumplem, kumplem do picia, kumplem do użalania się nad sobą, kumplem do rozwiązywania sercowych problemów.
- Eee… halo? Tu Izzy… eee… Matt? – zapytał niepewnie, słysząc lekko zachrypnięty głos.
- Cześć, Matt wyszedł do restauracji – mężczyzna odchrząknął – coś mam przekazać?
- Słuchaj, Jon… ja… bo kurwa, jest taka sytuacja i Matt… to znaczy… mam problem i Marta… nie wiem, czy wszystko z nią w porządku, no bo… może mieć kłopoty…
- Marta jest tutaj – powiedział szorstko – i raczej nigdzie się stąd nie ruszy. Chodzi o…
- Zajebię go… – krzyknął i skulił się, czując przeszywający ból w okolicy nerek – czy wszystko z nią w porządku? Musisz mi powiedzieć!
- Najlepiej będzie, jak sam wpadniesz i ją zobaczysz…
- Jon! Co jest do cholery? Duff jej coś zrobił?
- Skąd o tym wiesz? – zapytał ostro – co się tu, kurwa, dzieje?

- Co za gówniarz! Pieprzony nieodpowiedzialny dzieciak!
Zdenerwowany rozcierał rękę, na której widniały niewielkie ślady otarcia. Idealny obraz uszkodzeń powstałych w wyniku pobicia. Rzecz jasna obrażenia przypisywane napastnikowi. A przecież przysięgał sobie, że nigdy nie będzie stosował przemocy. Zwłaszcza w stosunku do swojej rodziny i bliskich. Stracił panowanie. Został sprowokowany bezczelnym zachowaniem młodszego od siebie o dwadzieścia lat mężczyzny. Nie wiedział, co by się stało, gdyby nie jego towarzysz. Mógł zrozumieć wszystko – złość, żal, krzyk, jakąś awanturę, ale nie to. Nie mógł aprobować katowania ludzi, ani w zasadzie czegoś, co można nazwać przemocą w domu. Tak samo, nie mógł znieść impertynencji, bezczelności i braku szacunku.
- Co on sobie, kurwa, myśli?!
- Jon… nie powinieneś… - drżącymi dłońmi próbował zawiązać krawat – nie powinieneś się na niego rzucać…
Kiedy w domu Matta pojawił się Izzy, w Jonie coś pękło. Nie mógł pojąć, co jego najmłodszy brat wyrabiał, co go opętało. Chciał z nim porozmawiać. Wiedział, że sam nic nie zdziała, więc po drodze wstąpił do restauracji i poprosił Matta o wsparcie. Chciał przemówić Duffowi do rozumu. Miał nadzieję, że mężczyzna, który w pewien sposób był przez niego wychowany, jakoś się opamięta. Myślał, że rozmowa i przedstawienie faktów coś w nim poruszy, że zrozumie, co złego zrobił. Przecież miał żonę, miał dziecko, miał rodzinę, która go kocha. Jak mógł tak po prostu w nerwach ich odrzucić? Jak mógł w tak brutalny sposób potraktować swoją żonę? Jak mógł pobić swojego przyjaciela, tylko dlatego, że będąc pod wpływem narkotyków, coś sobie uroił?
- Słyszałeś go? Kto go, do cholery, wychowywał?! – prychnął i zerknął na zdartą na kostkach ręki skórę – na pewno nie mama, ja tym bardziej!
- Jon… ja… ja chyba muszę… powinieneś…
Próbował zapanować nad oddechem. Znowu ogarnęła go panika. Kolejny raz czuł, jak usuwa mu się grunt pod nogami. Obiecał sobie i Duffowi, że nikt nie pozna prawdy. Już raz złamali obietnicę. Nie wydarzyło się nic złego. Czy nie warto zrobić tego kolejny raz? Przecież Jon to ich brat. Kocha ich, więc wysługa, zrozumie, nie będzie oceniał. Jon musi poznać prawdę. Musi spojrzeć na to z innej perspektywy. Powinien wiedzieć, co przez cały czas czuł Matt, powinien zrozumieć ten strach. Powinien dostrzec to, czego przez cały czas bał się restaurator i co prawdopodobnie rzutowało na ostatnim zachowaniu ich brata.

Krople łez kapały na kartkę, rozmazując atrament. Nie mógł dopuścić do siebie tego, co właśnie przeczytał. Gdyby ten list miał innego adresata, nigdy by nie uwierzył. Po głowie kołatały mu się całe zdania. Brutalnie przenikały do jego umysłu. Raniły jak sztylet, wbijany w ciało. Wylewany żal, gorzkie słowa, wyrzuty, zawód, słowa na przeprosiny, które nie wyrażały całego ogromu uczuć i zranienia. Dlaczego nie wiedział o niczym? Czemu to wszystko przed nim ukrywała? Przecież mógł coś zaradzić, mógł przy niej być, mógł ją wesprzeć. Nawet jeśli kiedyś miał do niej żal i nie pochwalał jej zachowania, to przecież nigdy jej nie odrzucił, zawsze był po jej stronie. Często powtarzał, że to jej życie i jej decyzje, którym on może przyklasnąć albo które musi nauczyć się tolerować. Zawsze starał się okazywać zainteresowanie jej sprawami, a teraz czytał o niej rzeczy, o których nie miał zielonego pojęcia.
- Katie, Katie…dlaczego nic nie mówiłaś? – wymruczał do siebie.
Wszystko waliło mu się na głowę. W ciągu jednego dnia okazało się, że jego życie to iluzja. W kilka godzin został pozbawiony szczęścia i radości z tego, jaką ma rodzinę. Najpierw wyskok Duffa i to, co w szale zrobił. Później cała straszna prawda o przeszłości jego rodzeństwa. Tyle gorzkich słów, tyle przykrych opisów sytuacji, których poniekąd był świadkiem. I jeszcze gorsza świadomość, że nigdy go nie obwiniali. Jeszcze gorsze poczucie, że niczego nie zauważył, że nie interweniował. Przykra świadomość, że nie poprosili nigdy o pomoc. No i teraz jeszcze jego dziecko. Jego biedna, mała Katie, która kompletnie się pogubiła. Owszem, nie pochwalał jej wyborów, nieraz miał jej za złe, że kroczy nie do końca moralną drogą. Jednak to było jej życie, jej wybory, jej troski i radości. On był tylko ojcem, który mógł ją wspierać, pocieszać, być przy niej w złych i dobrych momentach, który po prostu mógł ją kochać. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Ciągle nie potrafił zrozumieć, czemu tak bardzo się od niego odsunęła. Czemu szukała pomocy u kogoś innego, zamiast przyjść do ojca? Musi z nią porozmawiać. Musi powiedzieć, że to wszystko nie ma znaczenia, że ją kocha i jej pomoże. Musi do niej jechać. Teraz, zaraz, natychmiast. Ale najpierw leki. Najpierw musi uspokoić serce. Przeszukał szuflady w kuchni. Te tabletki musiały gdzieś tam być. Szklanka, którą trzymał, wypadła mu z ręki. Trzask szkła. Coraz silniejszy ból. Musi wziąć tabletki. Coraz trudniej było mu się skupić i zmusić się do działania. Osunął się na podłogę. Wydawało mu się, że ktoś puka do drzwi. Nie był w stanie się odezwać. Ciche nieśmiałe kroki.
- Tato? Tato, jesteś tutaj? – w kuchni pojawiła się młoda kobieta – o B-boże – podbiegła do mężczyzny i padła na kolana - t-tatusiu, c-co się dzieje?

- Jen, nie przesadzaj – rzucił ostrzegawczo i poluzował krawat.
- Nie przesadzaj?! Gdzie tu przesada?! Kate doskonale wie, jakie Jon ma słabe serce i co? Serwuje mu jakiś głupi liścik z rewelacjami, które doprowadziły go do zawału!
- M-mamo, to nie tak…
- Co nie tak?! Zawsze się we wszystkim sprzeciwiałaś, wiedziałaś, jakie mamy z ojcem zdanie na temat tych twoich wojaży i puszczania się z kim popadnie! Chciałaś być tanią dziwką, to powinnaś liczyć się z konsekwencjami!
- Mamo, to chyba nie jest dobre miejsce… - zaczął Tony, patrząc na młodszą siostrę, która była bliska płaczu.
Marta patrzyła z boku na tę awanturę i w niedowierzaniu wytrzeszczała oczy. Spojrzała niepewnie na stojącego na końcu korytarza Izzyego. Wyglądał na tak samo zdezorientowanego jak ona. Dopiero co minął pierwszy szok związany z wylądowaniem Jona w szpitalu i teraz kolejne zaskoczenie. Fakt, widziała najstarszą bratową Duffa tylko kilka razy, ale zawsze wydawała się jej spokojną, ciepłą osobą. Była zdezorientowana, widząc jej zachowanie i dobór słownictwa i to jeszcze pod adresem swojej jedynej córki. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, przyjeżdżając tutaj. Czuła się jak intruz. Obca osoba wśród skłóconej i zdenerwowanej rodziny. Obca osoba, bo w obecnej sytuacji niby kim innym mogłaby być? Jej małżeństwo wisiało na włosku, dla rodziny Duffa była tylko jakąś tam żoną, z którą nie mieli zbyt wiele do czynienia albo wręcz przeciwnie – mieli zbyt dużo kontaktu. Jednak czy zdołałaby usiedzieć spokojnie w domu, wiedząc, że Jon wylądował w szpitalu? Mimo, że nie znali się tak dobrze, jak kiedyś Marta znała się z Joan, jednak był jej bliski. Był jej bliski i wiedziała, że traktował ją jak pełnoprawnego członka rodziny McKaganów. Powoli, próbując nie zwracać na siebie uwagi, wycofała się i po cichu skierowała do swojego przyszywanego brata. Postanowiła wykorzystać fakt, że rodzina Duffa się kłóci i zaprowadzić w tym czasie swojego brata do jakiegoś lekarza, żeby chociaż go obejrzał.
- Jen, to nie miejsce i czas na takie sceny! – burknął Matt i wysypał garść tabletek na dłoń – takie głupie oskarżanie na pewno nie pomoże Jonowi! Kate nie jest niczemu winna!
Kobieta udawała, że go nie słyszy i całą swoją złość skupiła na Kate. Za drzwiami leżał jej mąż. Leżał tam przez głupotę swojej butnej córeczki, która zawsze musiała stawiać na swoim. Był nieprzytomny i po zawale tylko przez Kate i jej bezmyślne zachowanie. Jak Jennifer mogła być spokojna? Jak mogła nie dać reprymendy nieposłusznemu dziecku?
- M-mamo, j-ja nie… t-to…
Głośny plask zagłuszył następne słowa kobiety. Złapała się za piekący i czerwony policzek i patrzyła zaskoczona na matkę. Nigdy dotąd jej nie uderzyła. Nigdy nie upokorzyła jej tak przy ludziach. Nigdy. Chciała zapaść się pod ziemię, chciała zniknąć. A jeszcze bardziej chciała cofnąć czas i nigdy nie wysyłać tego głupiego listu. Ze łzami w oczach uciekła.
- Co ty, kurwa, robisz?! To jest twoje dziecko!
Pojebało ją?! Jak mogła uderzyć Kate?! Co ona sobie, do cholery, myśli?! Co jej odbiło?! Matt zacisnął pięści. Był zły. Z każdą sekundą coraz bardziej się denerwował. Nie mógł stać spokojnie, widząc, jak ktoś bezpodstawnie bije swoje dziecko.
- Odpieprz się Matt! Gówno wiesz o rodzinie i wychowywaniu dzieci, więc mnie nie pouczaj!
- Co proszę?! Możesz pomiatać, kim ci się podoba, bo masz rodzinę?!
- Znajdź sobie jakąś babę i nie wpieprzaj się w nie swoje sprawy! – krzyknęła, nie zwracając uwagi na to, że nie są sami – ach… jak mogłam zapomnieć… żadna nie chce takiego pieprzonego świra i lekomana, który wchrzania się z butami w cudze życie!
Zamarł. Słowa docierały do niego jak w zwolnionym tempie. Pierwszy raz usłyszał od kogoś coś takiego. Nikt nigdy nie dopiekł mu tak jak ona. Świr i lekoman? Owszem, wiedział o tym, za takiego się postrzegał, ale nikt nigdy nie wykrzyczał mu tego w twarz. Nikt nigdy nie wypowiedział na głos tego, co tak naprawdę o nim myśli. Nie spodziewał się, że to będzie właśnie Jennifer. Zawsze ją cenił i szanował, zawsze uważał za szczerą i dobrą osobę. Teraz czuł się, jakby w ogóle nie znał żony swojego brata. Idiotka… może i kurwa jestem pojebem, którego nikt nie chce, ale może to i lepiej? Przynajmniej nikogo bliskiego nie zranię swoim zachowaniem! Przynajmniej nikomu nie zrobię krzywdy! Bez słowa odwrócił się na pięcie i odszedł w kierunku, w którym pobiegła Kate.
- Katie?
Stała przodem do ściany. Czołem opierała się o mur. Płakała. Nie była tą pewną siebie kobietą, którą znał Matt. Nie było w niej tej postawy, którą zawsze mu imponowała. Teraz była zagubionym dzieckiem, które obwiniało się o sprowadzenie ojca do szpitala. Podszedł do niej i położył dłoń na ramieniu. Chciał ją odwrócić ku sobie i przytulić. Jej reakcja kompletnie go zaskoczyła.
- Zostaw mnie, kurwa! – zaczęła się szarpać – c-co ty sobie, kurwa, myślisz?! – na ślepo okładała go pięściami – Puszczaj mnie! M-może chcesz mnie t-też uderzyć, co?!
- Kate… spokojnie!
Wykorzystał przewagę fizyczną i skrępował jej ręce, przyciągając ją do siebie. Po chwili przestała się wyrywać, jakby zupełnie się poddała. Objął ją i uspokajająco pogładził po głowie. Szlochając, wtuliła się w niego. Powtarzał jej, że to nie jej wina, że Jonowi nic nie będzie. Zapewniał ją, że nie miała wpływu na to, co się stało. Prosił, by nie przejmowała się zachowaniem matki i nie brała go do serca. Pod wpływem jego głosu, zaczęła się uspokajać.

- Nawet się nie odzywaj – oskarżycielsko wycelował w nią palec, zanim zdążyła się odezwać – ani pieprzonego słowa!
- Ale, Izzy! Popatrz, jak ty wyglądasz! Lekarz musiał cię chociaż przebadać – zawołała, patrząc niecierpliwie na mężczyznę, który nawet nie zamierzał się zatrzymać przy niej – nie zachowuj się jak dziecko, dobrze wiem, że wszystko cię boli…
- Jakbym, kurwa, potrzebował jebanych konowałów, to sam bym tu przyszedł – burknął i spojrzał niechętnie na pielęgniarkę, która chciała zaprowadzić go na badania – jeszcze umiem chodzić, nie potrzebuje jakiegoś wózka!
Szarpnął ręką, żeby wyswobodzić się z opiekuńczych rąk kobiety w białym fartuchu. Nikt nie będzie go traktował tak, jakby był ubezwłasnowolniony. Chcą zrobić mu te badania? Proszę bardzo, ale nie zamierza ich utwierdzać w przekonaniu, że potrzebuje ich pomocy. Miał gdzieś, że bolało go coraz bardziej. Miał w dupie fakt, że w moczu pojawiła się krew i że po kilku godzinach było jej coraz więcej. Nie zwracał uwagi na zawroty głowy i drżenie ciała. Izzy Stradlin tak łatwo się nie poddaje. Miał ochotę nawrzeszczeć na pielęgniarkę, która ciągle próbowała zachęcić go do skorzystania z wózka. Ruszył przed siebie tak szybko, jak pozwalał mu na to ból.
- Jeszcze mi, kurwa, za to zapłacisz McKagan… - mruczał pod nosem - jeszcze się zem…
Pociemniało mu przed oczami. Miał wrażenie, że spada w jakąś przepaść. Słyszał niezbyt wyraźnie, jak ktoś krzyczy jego imię. Po chwili stracił świadomość.

- Panie doktorze, co z nim? Jestem jego siostrą…
Mężczyzna wsunął ręce w głębokie kieszenie fartucha. Westchnął i spojrzawszy na nieprzytomnego pacjenta, pokręcił ze zrezygnowaniem głową. W całej prawie dwudziestoletniej praktyce nie spotkał tak nieodpowiedzialnego, dorosłego człowieka. Jak tylko zobaczył Jeffrey’a Isbella, wiedział, że będą z nim kłopoty. Czarnowłosy gitarzysta nosił ślady ciężkiego pobicia. Niby ktoś udzielił mu niewielkiej pomocy medycznej i opatrzył część ran, ale wstrząśnienie mózgu, złamane żebro i prawie krwawa miazga zamiast nerki, zdecydowanie kwalifikowały się do natychmiastowej interwencji szpitalnej.
- Mam być szczery? – zapytał zrezygnowany – pani brat to kompletny idiota. Nie rozumiem, jak mógł zignorować tak poważne obrażenia. Udało nam się zachować w całości jego nerkę, raczej nie powinien mieć z nią w przyszłości problemów. Miał dużo szczęścia, że złamane żebro nie przebiło płuca. Wprowadziliśmy go w śpiączkę farmakologiczną, żeby szybciej doszedł do siebie.
- A-ale… nerka… jak to?
- Mogło być gorzej. Prawdę powiedziawszy, jestem zdziwiony, że ocalała, bo na usg wyglądało to nieciekawie.
- Och… - wytrzeszczyła oczy – ja… nie wiedziałam, to znaczy… dopiero w szpitalu… eee… bo mój szwagier… i zawołałam lekarza, bo Izzy… to znaczy Jeff wyglądał strasznie – spojrzała na leżącego na szpitalnym łóżku brata - Dlaczego stracił przytomność przed badaniami? Coś mu się stało?
- Nie… nie wydaje mi się, zrobiliśmy mu tomografię, ale niczego nie wykazała. Prawdopodobnie zemdlał z bólu, bo był zbyt silny i organizm… hm nie był w stanie sobie z tym poradzić. I tak sporo wytrzymał. W zasadzie, w takim stanie nie powinien się nawet ruszać, nie odczuwając przy tym silnego bólu. Twarda z niego sztuka.
- Zabiję go, jak się obudzi… - mruknęła i spojrzała przepraszająco na lekarza – on po prostu nigdy mnie nie słucha i chyba chce mnie wprowadzić do grobu. Mogłabym przy nim posiedzieć?
Skinął głową i wyszedł z pomieszczenia. Marta spojrzała na aparaturę przy łóżku Stradlina. Doigrałeś się, Panie-Nic-Mi-Nie-Jest… chciałeś się zabić, Głupku? Dlaczego nie chciałeś jechać do szpitala, jak Kate cię znalazła, co? Chciałeś pokazać, jaki jesteś niezależny? Usiadła na skraju łóżka i delikatnie położyła dłoń na jego owiniętej bandażami klatce piersiowej. Zupełnie tak, jakby chciała się upewnić, że kardiomonitor nie kłamie. Kiedy zobaczyła Izzyego w drzwiach domu Matta, zrobiło się jej słabo. Była prawie pewna, skąd te wszystkie obrażenia. Nie chciała dopuścić do siebie tej przykrej prawdy, ale słuchając poobijanego chłopaka, nie miała wyboru. Wszystkie jej postanowienia i zamiary legły w gruzach. Mimo, że postępowała i myślała irracjonalnie, chciała porozmawiać z Duffem i wyjaśnić to całe nieporozumienie, odeprzeć te wszystkie krzywdzące zarzuty, sprostować raniące oskarżenia. Była przerażona, owszem. Paraliżował ją strach, gdy myślała o tym, co Duff chciał z nią zrobić, jednak próbowała go tłumaczyć. Próbowała wmówić sobie, że to tylko narkotyki, że wyolbrzymiły niepokój i wyobraźnię Duffa, że gdy tylko wytrzeźwieje i usłyszy jej wyjaśnienia, zrozumie, że popełnił błąd i ją przeprosi. Była skłonna dać mu szansę i mu wybaczyć. Jednak to, co zobaczyła kilka godzin temu, przekreśliło wszystko. Nie mogła przymknął oka na to, w jakim stanie był Izzy. Nie mogła wybaczyć Duffowi, że bezpodstawnie skatował jej brata. Nie zamierzała tolerować czegoś takiego. Nie próbowała udowodnić, że nie boi się męża, który nawet nie potrafił nad sobą zapanować. Co by było, gdyby się nie wyrwała? Co by było, gdyby to ją by tak skatował? Co by było, gdyby zrobił krzywdę Jeffowi, tylko za to, że ubzdurał sobie, że to nie jego dziecko?

What's left inside him
Don't he remember us
Can't he believe me
We seemed like brothers
Talked for hours last month
About what we wanna be
I sit now with his hand in mine
But I know he can't feel

No one knows what's done is done
It's as if he were dead

I'm close to his mother
And she cries endlessly
Lord, how we miss him
At least what's remembered
It's so important
To make best friends in life
But it's hard when my friend
Surch with blank expressions

No one knows what's done is done
It's as if he were dead

He as hollow as I alone
A shed of my friend just flesh and bones
There's no soul, he sees no love
I shake my fists at skies above

- Tak bardzo przepraszam, Izzy… - wyszeptała i pochyliła się nad nim, żeby pocałować go w czoło – to wszystko moja wina… ja… nie wiem… nie ro… - urwała i z przestrachem obróciła się, czując za sobą czyjąś obecność – Jezu… Matt, zwariowałeś?
- Przepraszam – mruknął – przyniosłem ci kawę. Jak on się czuje?
- Nie wiem… podobno mogło być dużo gorzej… - z wdzięcznością wzięła od mężczyzny styropianowy kubek – nie wierzę, Matt, nie wierzę, że on mu to wszystko zrobił! – popatrzyła bezradnie na Izzyego - Jak, do cholery? Byliście u niego, mówiliście… powiedzieliście, że wgląda normalnie. Nie wierzę, że Stradlin tak po prostu dał się skatować! Nie Izzy…
- Marta, ja naprawdę nie wiem, co tam się stało – stanął za nią i położył dłonie na jej ramionach, pozwalając, by się o niego oparła.
- Nie rozumiem, czemu on się nie bronił… - mruknęła z niedowierzaniem – co z Jonem?
- Daj spokój… regularna awantura na korytarzu. Jen najpierw zmieszała Kate z błotem, później Jon odzyskał przytomność i pechowo dla Katie, chciał rozmawiać tylko z nią. Żebyś widziała Jennifer! Wyglądała, jakby miała rozszarpać najpierw pielęgniarkę, a później Jona i Kate… - widząc zaskoczoną minę Marty, dodał - zawsze uważała, że jej córeczka jest czarną owcą i nie raz w nerwach nazywała ją dziwką, ale… cóż…jakby nie było i jakby to nie wyglądało, to Jon jest w tej rodzinie bardziej tolerancyjną i pobłażliwą stroną. No i kocha Katie nad życie, to chyba jego główny grzech. Oczywiście zdaniem Jen… z tego, co wiem, nie raz się o nią kłócili – pokręcił głową i burknął - dziś nawet mi się oberwało…
- Co? Jak to?
- Nieważne… Jen, chyba sama nie wie, co mówi…
- Wyglądają na kochającą się rodzinę… - westchnęła – Matt? Czy… czy myślisz, że… to znaczy… bo wydaje mi się, że ten zawał… że to raczej przez sytuację z Duffem, a nie… to nie wina Kate i tego listu…
- Tego nie wiemy i nie ma sensu nikogo obwiniać albo czuć się winnym.
Nie wiedział, co powiedzieć. Po części nie chciał szukać winnego, bo wtedy musiałby się przyznać, że sam się do tego przyczynił. Czy dałby radę unieść taki ciężar? Potrafiłby przyznać, że przez jego roztrzepanie Jon znalazł się w szpitalu? Przecież łatwiej było myśleć, że to nerwy na Duffa i list Kate doprowadziły go do takiego stanu. Taki popieprzony z ciebie tchórz, Matt? Naprawdę? Chcesz zostawić Katie z poczuciem winy, bo boisz się przyznać, co mu powiedziałeś? A może boisz się Jen, co? Przecież nieźle ci dziś dogadała… ale przecież miała rację… świr i lekoman… a poza tym, mięczak z ciebie… i dziwisz się później, że żadna dziewczyna cię nie chce! Sam bym nie chciał mieć do czynienia z takim gównem… a co dopiero ktoś inny… Liczysz na normalną, inteligentną kobietę? Tak? Liczysz, że ktoś cię pokocha, dowartościuje? Żałosne… ach… przecież zapomniałem o najważniejszym! Kto chciałby faceta, którego tatuś bił i znęcał się psychicznie? Kto chciałby męża, który leczył się w psychiatryku? Która kobieta będzie chciała faceta, który po latach wypłakiwał się w ramię brata i żalił mu się, co go spotkało ponad dwadzieścia lat temu?! Nerwowo podrygiwał nogą, próbując uspokoić umysł. Miał do siebie żal o to, że próbował jakoś wytłumaczyć Duffa przed Jonem. Był zły na siebie, że w ogóle wspomniał o ojcu. Jon o niczym nie wiedział i tak powinno zostać. Jednak, czy to, co zrobił Duff i to co się z nim stało, nie jest winą ich ojca? Ile razy czytał o ofiarach przemocy w rodzinie, które później same stawały się katami i oprawcami? Ile razy dzielił się swoim niepokojem z psychiatrami i z Abigail? Ile razy zapewniali go, że niekoniecznie musi być taki jak ojciec? A co jeśli to właśnie dopadło Duffa? Stary… czemu ty go próbujesz tłumaczyć? Widziałeś, co zrobił ze Stradlinem! Widziałeś, w jakim stanie Marta do ciebie przyszła! Widziałeś, jak ten dupek ją potraktował! Po chuj szukasz mu usprawiedliwień?!
- Zapewniam cię, że Jon na pewno nie będzie chciał się przyznać, co go doprowadziło do takiego stanu i na pewno nie będzie osądzał – uśmiechnął się niepewnie, próbując ukryć zmieszanie – chodź, podrzucę cię do domu, bo muszę zerknąć, co z Joan. Nie lubię jej zostawiać tak długo samej.
- Dzięki, ale posiedzę z nim.
- Kochana, to nie była propozycja, tylko rozkaz. Sen na pewno ci się przyda, no i nie wiem, czy uprzedziłaś tę… eee… Lucy?
- O Boże, Jeff! Kompletnie zapomniałam, że nie uprzedziłam Lucy…

Biła się z myślami. Kompletnie nie wiedziała, co robić. Nawet nie miała się kogo poradzić. Ironia losu. Zawsze to ona była dla ludzi ostoją, wsparciem. To ona służyła radą, pomysłem, wsparciem i rozmową. Kiedy znalazła się w sytuacji dla siebie kryzysowej, nawet nie miała kogoś, kogo mogłaby poprosić o pomoc. W zasadzie ktoś był. Tylko, że to on był powodem jej problemów. Miała iść do niego i radzić się go w jego własnej sprawie? Ależ z ciebie idiotka, Abigail! Nieprofesjonalna idiotka! Coś ty sobie myślała? Już traktowanie go jak kogoś więcej, niż pacjenta, było błędem! Ale zakochać się?! Do jasnej cholery, co z tego, że jest przystojny? Co z tego, że jest gentlemanem? To, że jest wychowany, inteligentny i inny niż wszyscy, nie znaczy, że masz się w nim zakochiwać! Zachowała się jak małolata. Trzydziestotrzyletnia kobieta, a czasem miała wrażenie, że cofnęła się do czasów, gdy była nastolatką. Było jej wstyd. Czuła się tak, jak dziewczynka, która znalazła sobie wyimaginowanego księcia na białym koniu. Nie była pewna, czy wmówiła sobie, że Matt jest ideałem, czy po prostu faktycznie był zupełnie inny od wszystkich znanych jej mężczyzn. Nie wyobrażała sobie kolejnej sesji z nim. Bała się, że zachowa się jak idiotka. Najlepszym i jedynym wyjściem było chyba powiedzenie mu wszystkiego jak najszybciej. Znała go na tyle, że wiedziała, iż jej nie wyśmieje. Wiedziała, że ją wysłucha, że da jej powiedzieć wszystko, co chce mu przekazać. Tylko jak mam to zrobić? „Cześć, Matt, wiesz co… znamy się tyle czasu i chyba się w tobie zakochałam? Może przestaniesz być moim pacjentem i umówimy się na randkę?” Roześmiała się w myślach. Nawet w jej głowie brzmiało to irracjonalnie. Jednak chciała się podzielić z nim swoimi uczuciami. Co jej szkodziło? Przecież oboje byli samotni. Matt nie raz żalił się, że ma dość kawalerskiego życia, że może gdyby kogoś miał, jego życie wyglądałoby inaczej, że może wtedy byłby pewniejszy siebie. Wzięła głęboki oddech. Stała przed jego domem i wyciągnęła rękę do dzwonka. Miała ostatnią szansę, by się wycofać. Nacisnęła guzik. Nikt nie otwierał. Już chciała się wycofać, gdy drzwi się uchyliły. Stanęła w nich młoda kobieta. Dopinała guziki koszuli. Jego koszuli. Pod spodem miała tylko bieliznę.
- Tak? – odezwała się i uśmiechnęła.
- Ja… ja…
Odebrało jej mowę. Obecność kobiety w jego domu była co najmniej dwuznaczna. Ale czemu ją oszukał? Mówił przecież, że jest samotny, że nikogo nie ma. Ta kobieta otworzyła drzwi w samej bieliźnie, okrywając się jedną z jego koszul. Wygląda, jakby dopiero co wstała z łóżka. Kim ona była? Dlaczego Matt się nie przyznał, że kogoś ma? Czemu ją okłamywał? Och, idiotko… jak mógł cię okłamywać, skoro nigdy niczego ci nie obiecywał? Nie musiał ci się spowiadać z każdej kobiety, którą zapraszał do łóżka!
- Proszę pani, dobrze się pani czuje? – niska brunetka ponownie się odezwała.
- Ja tylko… chciałam… muszę porozmawiać z Mattem…
Boże… ile ona ma lat? Dwadzieścia? Na starszą nie wygląda… Matt lubi tak młode dziewczyny? I ja niby miałabym mieć szansę? Co ze mnie za idiotka. Dopiero teraz dotarło do niej, jaki to był głupi pomysł. Powinna zachować dla siebie to, co czuje i co chciałaby od tego mężczyzny.
- Przykro mi… Matt jest w szpitalu, jego brat miał zawał. Czy… coś mam mu coś przekazać, jak wróci?
To ona tutaj mieszka? Jak to możliwe, że on tak kłamał? Mówił, że mieszka tylko z siostrą! Tylko z Joan! A to przecież nie ona, bo Joan jest starsza od niego i widziałam jej zdjęcie! O co tutaj chodzi? Myślałam, że jest inny… że jest wyjątkowy…
- N-nie… to nie będzie koniczne.


20 komentarzy:

  1. AAAAAAAAAA PIERWSZA!!! :3333

    "butną nastolatką" - nie wiem czy to błąd...czy nie xD
    Ale jedno wiem na pewno...
    Że jestem wniebowzięta! Chociaż cały czas czekałam na starcie Marty z Duffem (którego jeszcze nam nie pokazałaś ale cii;_;) to i tak jestem niesamowicie zadowolona :D
    Izzy, Izzy, Izzy... ty debilu.... No a Matt? Jezu jak mi go szkoda, na prawdę mi go szkoda bo on... ma zjebaną psyche w każdym stopniu : ( Tak samo Katie. Kurwa jak można uderzyć własne dziecko? Jak kurwa można zniżyć się do takiego poziomu, żeby robić krzywdę WŁASNEMU DZIECKU. Co za ludzie, we mnie się tak krew gotowała xD
    Kocham Cię za to co ty tym opowiadaniem mi robisz.
    Pozdrawiam i życzę weny ^^ ~~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :O co jest błędne w wyrażeniu butna nastolatka?
      butny - pełen buty, zbyt pewny siebie, więc moim zdaniem wyrażenie jest ok
      no a Izzy :D mówiłam że debil :D

      Usuń
    2. przepraszam to ja po prostu nie znałam słowa, zwracam honor ;___;

      Usuń
  2. Ja zawsze lubiłam twoje pisanie, ale zastanawia mnie fakt, czemu Izzy dał się tak Duffowi pobić? Na razie nie rozstrzygnięta kwestia. No i czemu nie dał się zawlec do lekarza? Myślał, że wstrząs mózgu, złamane żebro i obita nerka same przejdą i będzie cały i zdrowy? Takie rzeczy to tylko w Erze... A rozdział bardzo mi się podobał. I powiem tak na miejscu Marty zostawiłabym Duffa.

    shiris

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju czemu ja tego wcześniej nie widziała? Już się biorę za czytanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam i jestem happy. Że niby coś z nim nie tak? Moim zdaniem jest bardzo dobry, cały czas coś się dzieje. Niby różne sceny, ale krążące wokół jednej sytuacji.
      Jen... co za baba, żeby takie cyrki robić...
      Jon - no szkoda chłopa. Tyle rewelacji w tak krótkim czasie nie mogło zbyt dobrze na niego wpłynąć, oj nie mogło.
      No i Izzy. Gdzie on miał łeb żeby: a) nie bronić się (chciał jakieś katharsis przeżyć czy co), b) żeby w takim stanie tyle zwlekać. No debil no... ale Duff w tym przypadku większym jest debilem, nie mam co do tego wątpliwości.
      Jak rozumiem następny odcinek juz w drodze ;P ^^

      Usuń
    2. Jakże się cieszę, że ciągle jesteś ze mną :D kiedyś muszę Cię pogwałcić na fb :D
      co do naszego ulubieńca :D w poprzednim rozdziale pisałam, że Stradlin był dość brutalnie wybudzony z pijackiej drzemki, po wypiciu sporej dawki zacnych trunków :P w założeniu że Duff go wyszarpał i na dzień dobry pieprznął na szklany stół który się posypał pod ciężarem Izzyego to raczej był na dość zjebanej pozycji :) zwłaszcza że ważny jest fakt jak agresywnie napadł na niego Duff
      (bo przecież chyba nie myślisz, że Izzy w normalnym stanie dałby sie tak sponiewierać McKaganowi :D zwłaszcza że w założeniu mojego bloga Stradlin raczej nie da se w kasze dmuchać)
      a co do zwlekania... no nie dośc że ucierpiała jego duma bo dostał wpierdol to jak miałby się przyznać (bez godzenia w swoje ego) ze potrzebuje fachowej pomocy?

      Usuń
    3. A musimy kiedyś się nawzajem pogwałcić. Ostatnio pracowałam codziennie do 20 więc padałam wieczorem jak muszka (w ciągu dnia na szybko zaglądałam na nts i fb by ogarniać co nieco :))

      Co do Stradlina...no tak, taki suprise na dzień dobry... ale mimo wszystko powinien swoją dumę w 4 litery wsadzić... No dobra, czego oczekuję, to facet, oni mają swoją logikę ;)

      I jak (JAK?) mogłaś zwątpić że nie jestem już z Tobą... jak mogłabym do mojego ukochanego bloga nie zaglądać ^^

      Usuń
  4. nareszcie nowy! czekałam jak na cud!! i czekam na starcie Marty i Duffa. i pamiętaj! nie uśmiercaj mi Izzy'ego!!

    Marcja

    OdpowiedzUsuń
  5. No jesteeem! cieszysz się, prawda? xD JA BARDZIEJ! ;___; bo jest rozdział i mam ogrooomną nadzieję, że to Cię jakoś rozgrzało, tak, że teraz szybciutko polecisz następnym :D
    Ok, do rzeczy. Cóż cóż cóż... Nie chcę nic (złego, dobrego) mówić na temat Duffa, bo sprawa jest mega mega tajemnicza i bardzo niecodzienna. Gdyby to nie było Twoje opowiadanie - pomyślałabym, że McKagan to po prostu typowy rockmen-skurwiel wyznający zasadę „najebać się, zbesztać innych, zemdleć, żyć jak debil". ALE! Po pierwsze - to TWOJE i tylko TWOJE albo 'aż' Twoje opowiadanie i chyba wszyscy czytelnicy są już nauczeni doświadczeniem, że nie idziesz na łatwiznę a tym bardziej nie podsuwasz nam oczywistych scenariuszy :D Po drugie - Duff został przez Ciebie wykreowany na totalnie lekkomyślnego, ale jednak człowieka o kurewsko dobrym sercu, już na pewno nie porywczego i działającego bez przyczyny... Dragi? Sądzę, że to raczej dodatek... Coś (lub ktoś) ewidentnie na niego wpłynęło, tylko... Kto? Czy wystarczyło, żeby tylko ktoś powiedział mu, że Marta go zdradza a on momentalnie by uwierzył? Naciągane... I nie w Twoim stylu xD Dlatego tym bardziej nurtuje mnie co było przyczyną jego zachowania. No kurwa! Zajebiście mnie nurtuje! XD Nie wytrzymam do następnego ;___; O ile jego krzyki na Martę nie były jakąś totalnie niewiarygodną rzeczą, o tyle pobicie Izzy'ego... Ja pierdolę, cooo? Wstrząs mózgu? Oo JAK. Pytam JAK?! .____. Ech, tyle pytań, tyyyle pytań xD
    Powiem Ci szczerze, że osobiście bardzo podoba mi się to w Twoim opowiadaniu. To, że nic nie piszesz wprost, że dajesz nam do myślenia, że zaskakujesz, trzymasz w napięciu po to, by za parę rozdziałów odkryć szokującą prawdę. Robisz to perfekcyjnie i kompletnie nie rozumiem ludzi, którzy chcieliby mieć wszystko wyłożone kawa na ławę - IMO - tak jest o wieeeele ciekawiej.
    Co tam jeszcze.... Aha.
    Oddawaj Duffa .____. to taka 'mała' sprawka.
    Druga. Szkoda mi Matta, Katie, w zasadzie to całej tej McKaganowej rodziny - mam wrażenie, że doskonale rozumiem zachowanie każdego z nich, że rozumiem, dlaczego Jen uniosła się gniewem, dlaczego Matt się zdołował. Dlaczego Kate nie wie, co robić. Wszystko im się posypało, mam jednak nadzieję, że z czasem się poukłada - zarówno u Matta jak i Katie.
    Początkowo sądziłam, że dobrze by było spiknąć ją z Izzy'm, teraz jednak szczerze mi jej szkoda a Stradlin robi z siebie coraz większego idiotę xD Tak, tak, jest kochany, ale... Dziecinny. Użala się nad sobą jak baba, może nie w tym rozdziale, ale ogólnie. Wydaje mi się, że ten człowiek tak naprawdę zawsze myśli tylko o swoim tyłku, bo nawet w przypadku Marty - nie ukrywajmy - często martwił się o nią w kategoriach „A co będzie jak ją stracę", „A dlaczego spędza cały czas z Duffem" itd. Ogarnij się, Izzy! :D Czasem przydałby mu się porządny kopniak w dupę xd.
    Czekaj, czekaj, a co z Nikkim-Juniorem? ;__; Zamierzasz wprowadzić w ogóle Nikkiego-Seniora? xdd no bo kiedyś musi się dowiedzieć, że będzie malutki Nikki-Junior ;___; (ja i moje logiczne analizy xD).
    Soooł fajnie by było poczytać o Duffie. O Kate. O Nikkim. Hmm może Lucy? Albo coś wystrzałowego z Izzym, jakąs burzliwa zmiana trybu życia? XD (np. pójście do zakonu)
    To takie MOJE oczywiście sugestie, podkreślam sugestie, bo w sumie co byś nie napisała, to ja i tak będę się jarać max. :D
    Przepraszam, że tak krótko, ale jak coś mi się jeszcze przypomni to walnę tu albo na mejla :3
    Ave!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miej nade mną litość! Izzy i zakon! :D chyba kościołowi czy komuś tam ubyłoby 90% wiernych! :D
      Nikki junior? ekhm wydaje mi się, że coś na ten temat wspominałam już... albo kurwa wydawało mi sie ze cos napisałam eeee :D chyba muszę oblukać albo sie dogadamy mailowo :D
      no Izzy zawsze podkreslal ze jest dupkiem i no... weeeeell egoistą owszem ale też trzeba trochę zrozumieć, że nie chce być sam, a poki ma Marte i Jeffa to jakos no ma namiastke rodziny, bliskich itp
      klątwa rodziny McKagan! hahahaha nie no żartuję :D
      a co do tajemniczosci... sama tez czasem wole kombinowac i tworzyc potencjalne scenariusze niz miec wszstko podane na tacy i wiedziec co będzie w nast rozdziale nawet zanim zostanie napisany
      Ave, moja miła! uwielbiam Twoje teoretyzowanie i snucie planów :D

      Usuń
  6. Już nie mogłam się doczekać nowego rozdziału! <3
    Duff, Duff, Duff, aleś odpierdolił ;-; Mam nadzieję, że Izzy wyjdzie z tego cały, biedny, taki pokiereszowany :| Zainteresowała mnie opcja związku Abigail i Matta, może być ciekawie :3 Wgl to brakowało mi Twojego bloga, i Marty, i całej reszty, więc mam nadzieję, że szybko coś dodasz c: Wiedz, że Twój wiek nam nie przeszkadza Kochana :D <3 / Twoja wierna czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  7. Meh... przeczytałam, ale ten zdecydowanie nie był najlepszy.Może kolejny rozdział się bardziej uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak konstruktywna krytyka.

      Usuń
  8. Rzeczywiście kazałaś nam trochę czekać na ten rozdział, ale na prawdę było warto. Też jestem zdania że nic na siłę, ponieważ wtedy to na pewno nie wyjdzie.
    Ale wracając do treści.
    Strasznie szkoda mi Marty. Już i tak tyle wycierpiała w swoim życiu i nawet teraz, jak wydawało się już wszystko być w miarę okej tak się narobiło...
    Ja rozumiem, narkotyki, alkohol, ale to co zrobił Duff chyba przerosło moje oczekiwania. Dobrze wiedział ile czasu Marta się przekonywała do bliskości z kimkolwiek, że na prawdę widzi w Izzy'm swojego brata, że nie byłaby w stanie go zdradzić...
    Strasznie współczuję Izzy'emu tego jak został potraktowany i chyba rozumiem dlaczego tak długo udawał że jest już ok, nic go nie boli... Sama poniekąd jestem osobą która nie chce przed kimkolwiek pokazywać słabości, pokazywać że ktoś wygrał...
    Wiem że ten komentarz jest krotki i bezsensowny... Przepraszam Cię, ale zupełnie nie mam weny do niczego, a co dopiero do składania jakiejś ładnej, dłuższej wypowiedzi...
    Ale wiedz, że jest ktoś taki jak Chloem i z niecierpliwością czeka na każdy kolejny rozdział, ponieważ to opowiadanie jest bardzo, bardzo dla nie ważne, zżyła się z bohaterami i nie potrafi sobie wyobrazić końca tego opowiadania. Także pisz, pisz!
    Pozdrawiam, życzę DUŻO weny i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! :*

    OdpowiedzUsuń
  9. w oczekiwaniu na ten rozdział przeczytałam jeszcze raz wszystko od początku i jestem pod ogromnym wrażeniem. akcja jest rozbudowana, bohaterowie nietuzinkowi i o skomplikowanych osobowościach, a mimo to wszystko 'trzyma się kupy', zdarzenia wynikają z siebie, nic nie dzieje sie bez powodu. nie umiem pisać jak ty, nawet nie potrafię sklecić porzadnego komentarza, haha. brakuje mi teraz duffa, jego przemyśleń. coś musiało się stać, skoro tak zareagował. a marta? marta jest w porządku, ja ją lubię!

    OdpowiedzUsuń
  10. Już dawno temu przeczytałam każdy rozdział i dziś zajrzałam by sprawdzić czy może coś nowego dodałaś i jaka miła niespodzianka. Biedna Marta tyle musiała przejść a teraz jeszcze agresja Duffa, czy on upadł na głowę? Jakby mnie ktoś tak potraktował to bym zabiła, nie jestem osobą, która daje sobą pomiatać. Izzy bohatera chciał zgrywać, niech się biedaczek ogarnie. Wydaje mi się, że brak kobiety mu szkodzi i na zdrowie nie wychodzi. Niech Marta zostawi Duffa i będzie z Izzym, tak dobrze się dogadywali, wprawdzie teraz trochę się porobiło, ale jak się wybudzi to sobie wyjaśnią wszystko i powinno być dobrze. Ta scena gdy Kate została spoliczkowana przez matkę, przypomniało mi się moje dzieciństwo, wychowanie poprzez przemoc. Nigdy nie zrozumiem czemu rodzice biją swoje pociechy. Poza tym jak tak obserwuję tzw. rodziców, to szlag mnie trafia, ci ludzie nigdy nie powinni mieć dzieci. Kocham to opowiadanie i czekam na kolejny rozdział. Wiem jak to jest z ta weną, dodatkowo pewnie osoby psują cały dzień i z pisania nici. Ja też mam przerwę i dziś chciałam zacząć coś pisać, niestety mojemu menowi odbiła palma i zjebał mi cały dzień. Nevermind. Cieszę się, że wróciłaś do pisania, oby tam dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ehh... tak bardzo nie lubię wciskać się komuś w komentarze, by robić znienawidzony spam. Nikt go nie lubi, wiemy o tym!
    Jednak kiedy wraca się po tak długiej przerwie, by znów próbować swoich sił w pisaniu, trzeba od czegoś zacząć. Nawet od reklamowania się!
    W takim razie... pragnę zaprosić na mój nowy blog. Prolog opowiadania. Po półtora rocznej przerwie od blogowania. Jestem starej daty. Pamiętam zamierzchłe czasy onetowskich i blogspotowych opowiadań!
    Dosyć lania wody, zapraszam: http://bullshit-and-lies.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej, nie wiem czy mnie pamiętasz, ale wychodzi na to, że wracam, więc zapraszam do mnie na 16 rozdział przerwanej w sierpniu historii.
    http://breath-of-memories.blogspot.com/2014/03/just-ride-baby-16_28.html

    (Clarissa, albo Hope, jak kto woli)

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytałam ten rozdział już kawał czasu temu i nie bardzo wiem co chciałam tu napisać. Przez ostatni miesiąc ciężko było u mnie z pisaniem i komentowaniem. W każdym razie pamiętam, że byłam mile zaskoczona tym rozdziałem. Wcześniej to opowiadanie zaczynało mnie trochę nudzić, ale wraz z tym rozdziałem odżyły pozytywne emocje i zachwyty :) Cieszę się, że znalazłaś w sobie siłę i chęć do kontynuowania tej historii.

    OdpowiedzUsuń