wtorek, 18 sierpnia 2015

50.

Można powiedzieć chwila historyczna... po 4 latach i 6 miesiącach jest! Rozdział 50.
Kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem nie sądziłam, że dotrwam do tego momentu. Po części to wasza zasługa, po części kwestia tego jak bardzo przesiąknęłam tą historią i nie mogę się od niej uwolnić.
Rzecz jasna wiem, ile czekaliście, ale no... trzeba było coś napisać między pracą, życiem osobistym, kolejną przeczytaną książką (a 65 książek w 2015 roku samo się nie przeczytało), pokleić sceny, jakoś powrzucać wszystko, żeby miało ręce i nogi...
Jak zauważycie coraz bardziej odchodzę od "prawdy" i realiów zlej sytuacji w zespole Gunsów - po części dlatego, że nie jestem pogodzona z historią i nie mam ochoty na opisywanie sytuacji, które miały miejsce naprawdę, po części dlatego, że sama nie mogłabym wtedy pozwolić sobie na tworzenie bloga, tylko odtwarzałabym nudną i smutną prawdę, no i po części dlatego, żeby ciągle móc Was zaskakiwać, bo nigdy nic nie jest w 100% pewne!
dziękuję mojej recenzentce Malwinie - dzięki niej staram się ulepszać rozdziały, wyłapywać śmieszne błędy czy drobne potknięcia, ogarniam, co jest dobre, a co zjebałam :)
***
Chciała żyć normalnie, a czuła się tutaj jak w więzieniu. Miała wrażenie, że jest w klatce, w której się dusi. Jednak z drugiej strony była bezpieczna. Tutaj nikt nie mógł jej skrzywdzić. Tutaj nie miała kontaktu z mężczyznami – no chyba, że któryś z jej braci albo Slash wpadł z wizytą. Tylko, że jej rodzina i jedyny przyjaciel, jakiego miała, nie stwarzali dla niej zagrożenia i po kilku tygodniach od wyjścia ze szpitala nauczyła się tego, że nie musi się ich bać. Teraz niby wszystko było w porządku. Przecież minęło dziesięć miesięcy od czasu, gdy Ray ją uprowadził i przetrzymywał w swojej piwnicy. Niestety to było dziesięć długich miesięcy, podczas których nie potrafiła zapomnieć o wielokrotnych gwałtach, pobiciach i strasznych warunkach pomieszczenia, w którym przebywała. Miała trzydzieści pięć lat, a czuła się jakby przez ostatni rok postarzała się przynajmniej o piętnaście kolejnych lat. Czy zgodnie ze słowami specjalistów była w stanie pogodzić się z przeszłością, w pewien sposób ją zapomnieć i żyć dalej? Czy była w stanie ułożyć sobie życie z nowym mężczyzną, skoro praktycznie wszystkich się bała? Czy kiedykolwiek zaufa komuś na tyle, żeby nie uciec z krzykiem, gdy będzie chciał ją pocałować, przytulić i w odległej przyszłości iść z nią do łóżka?
- Słuchasz mnie?
Wysoki mężczyzna przyjrzał się uważnie kobiecie. Jeszcze przed chwilą z nim rozmawiała i dyskutowała o sprawie, a teraz miał wrażenie, że odpłynęła do innego, niekoniecznie dobrego świata. Nie widywali się często, głównie omawiali linię obrony czy postępowanie w sądzie, ale praktycznie za każdym razem Joan wpadała w ten dziwny, melancholijny nastrój, który budził w nim niepokój. Musiał mieć pewność, że jego siostra jest we w miarę stabilnym stanie psychicznym. Czekała ich ostatnia, decydująca rozprawa. Kobieta musiała być przygotowana. Musiała być silna, żeby stawić się w sądzie i ostatecznie zamknąć rozdział Raya Barnetta, jego domniemanego zabójstwa i przyjąć ewentualny, niekorzystny wyrok sędziego Robertsa.
- C-co mówiłeś, Mark? - odezwała się głosem praktycznie wypranym z emocji. - Nie chcę, żeby ona tam była…
- Jo, ma do tego prawo. To był jej syn.
- To był z-zwyrodnialec, który mnie s-skrzywdził! Wychowała potwora i g-gwałciciela, a nie dziecko!
Czterdziestodwuletni mężczyzna poluzował krawat. Myślał, że ten etap mają już za sobą. Za każdym razem wałkowali temat tej kobiety – kobiety, która chciała skazania Joan na kilka długich lat więzienia za „zabójstwo” jej syna. Jako prawnik, zajmujący się sprawami z zakresu prawa rodzinnego, mógł tylko stać z boku i pozwolić pracować swojemu przyjacielowi, specjaliście w sprawach karnych. Mógł także na spokojnie wyjaśniać kobiecie wszystko to, czego nie chciała słuchać z ust swojego adwokata, którego bała się tak, jak praktycznie wszystkich mężczyzn. Oczywiście rodzina nie rozumiała poczynań McKagana i bulwersowała się na Marka o to, że nie znalazł Joan jakiegoś obrońcy płci żeńskiej. To nie była złośliwość, po prostu prawnik nie znał żadnej kobiety tak biegłej w sprawach karnych jak James Hardy. Samo jego nazwisko wystarczyło, żeby prokurator zaczął zgrzytać zębami i pocić się pod togą, bo miał coraz mniejsze szanse na wygranie sprawy i zadowolenie pani Barnett. Może był szorstki i ciężki w obyciu, jednak osiągał doskonałe wyniki w sprawach, którymi się zajmował; zwłaszcza tymi, które dotyczyły nieumyślnego spowodowania śmierci albo wyznaczenia granic obrony koniecznej. Ława przysięgłych go uwielbiała i zawsze z uwagą słuchała jego mów obrończych. Jego pomoc praktycznie gwarantowała sukces i uniewinnienie Joan.

Miała dość tego bachora i kompletnie nie miała pomysłu, co z nim zrobić. Przeszkadzał jej w pracy, odstraszał ludzi i nie dawał jej spać. Ten bękart potrafił tylko beczeć, wrzeszczeć i domagać się jedzenia, tak jakby stać ją było na jedzenie i nie wiązała końca z końcem. Jej zajęcie wymagało, żeby miała spokój w domu, a to dziecko darło się praktycznie cały czas.
- Zamknij mordę! - wrzasnęła, ale dziecko rozpłakało się jeszcze bardziej – przestań ryczeć, powiedziałam! Zaraz będę miała gościa i masz być cicho!
Szarpnęła dziewczynką, która siedziała na kanapie. Była za mała, żeby zdawać sobie sprawę z tego, co robi źle. Przecież była głodna i chciała dostać obiad – pierwszy od trzech dni. Jednak jej matka miała inne plany. Traktowała ją jak powietrze albo oskarżała o całe zło tego świata. Biła ją bez powodu i głodziła, gdy czarnowłosa dziewczynka była nieposłuszna. Mściła się na niej, mimo że to nie ten malutki brzdąc był sprawcą jej nieszczęścia i niepowodzenia. Mściła się na niej za mężczyznę, który sprowadził na nią tę ciążę. Wtedy nie miała pieniędzy, żeby pozbyć się problemu. Teraz nie podjęła radykalnych działań tylko dlatego, że dostawała niewielki zasiłek jako samotnie wychowująca matka. Tak... kobieta z chęcią pozbyłaby się tego dziecka, ale stanowiło jedyne źródło stałego dochodu, dzięki któremu mogła kupić sobie lepsze ubrania i kosmetyki. Z jej marnej, niepewnej pensji ledwo starczało jej na czynsz i podstawowe produkty spożywcze, a na pomoc ojca dziecka nie mogła liczyć.
Kobieta na chwilę wyszła, zostawiając dziewczynkę samą. Podczas jej nieobecności pojawił się on. Spojrzała na niego dużymi, przerażonymi oczami. Może i była mała, ale dobrze wiedziała, co oznacza ta twarz. Już nie płakała z głodu, teraz kwiliła ze strachu i bólu, który rozlał się po jej ciele, gdy mężczyzna zaczął nią szarpać i bić. Im głośniej szlochała, tym bardziej się na niej wyżywał. I robił to nawet, gdy jej matka wróciła do pomieszczenia.


Pijany mężczyzna zataczał się, próbując wrócić do mieszkania, które od dłuższego czasu wynajmował. Ostatnio coraz częściej zdarzało mu się tracić kontrolę nad piciem. Nie mógł sobie poradzić z sytuacją. Cały czas rozpamiętywał tamtą noc. Jedną z lepszych w jego życiu. Wtedy był tak blisko wszystkiego, czego kiedykolwiek pragnął. Niby nie było to ich pierwsze łóżkowe spotkanie, jednak teraz wiedział, co do niej czuł i nie bał się tego, jak kilka lat temu. Jej usta, mimo że przez cały ten czas tak perfekcyjne, teraz smakowały inaczej. Jego ciało reagowało zupełnie inaczej na jej bliskość niż kiedyś, gdy po prostu mile spędzali czas, sprawiając sobie nawzajem przyjemność. Nie mógł jednocześnie wyrzucić z głowy jej zapłakanego oblicza. Płakała przez Sixxa i to, co jej zrobił? Czy to przez to, że mi odmówiła? Czy kiedykolwiek miałem pieprzoną szansę? To dlatego było jej tak przykro? Dlatego, że się spóźniłem? Dlatego, że nie zawalczyłem o nią parę lat temu albo że nie ubiegłem Sixxa kilka miesięcy temu? Kate, czemu nic nie mówiłaś? Czemu tyle lat milczałaś? Czemu z nami nie zostałaś, tylko szukałaś przygód i szczęścia nie tam, gdzie powinnaś? Zrobiłem wtedy coś nie tak? Byłem za mało stanowczy? Za mało pokazywałem, że mi zależy? Zjebałem sprawę, bo się nie odzywałem miesiącami? Chciałby mieć władzę nad czasem. Chciałby przenieść się kilka lat wstecz, kiedy miał realną szansę na związek z Kate. Zawsze śmiał się z tego wyświechtanego powiedzenia „chciałbym móc cofnąć czas”, jednak teraz zrozumiał w pełni, czemu we wszystkich filmach i książkach bohaterowie uparcie powtarzają jak mantrę to zdanie.
- Hej!
Nawet nie zwrócił uwagi, że ktoś go zawołał. Nie pomagało nawet wzywanie go po imieniu. Co go to obchodziło? Nie chciał z nikim rozmawiać. Pewnie znowu ktoś chciał głupi autograf albo zdjęcie, na które Bolan nie miał najmniejszej ochoty. Powłócząc nogami, dzielnie kierował się w stronę ulicy, przy której mieszkał. Po chwili poczuł na ramieniu jakiś uścisk i praktycznie natychmiast próbował się z niego wyswobodzić.
- Kurwa, Bolan, wołam cię jak pojebany! Głuchy jesteś? - burknął Slash i podtrzymał basistę, który szarpiąc się, stracił równowagę – Aleś się zalał… stało się coś?
- Chuj cię to obchodzi – wybełkotał – i tak nie zrozumiesz… niczego, kurwa nie zrozumiesz…
Gitarzysta zaprowadził pijanego mężczyznę do jego mieszkania. Torując sobie nogą drogę do salonu, skrzywił się i rozejrzał po pomieszczeniu. Jeśli u mnie jest syf i burdel, to tu chyba pieprzony armagedon! Co z tobą, Rachel?! Co za gówno cię dopadło? Zawsze wydawało mu się, że Bolan całkiem dobrze radzi sobie w swoim kawalerskim stanie. Przyjaciele często śmiali się z niego, że ma taki porządek i tak lubi gotować, że powinien na to wyrywać dziewczyny, bo przecież wszystkie marzą o kucharzu, który jeszcze posprząta za nie całe mieszkanie. Różnił się od swoich kolegów po fachu, a mimo wszystko w przeciwieństwie do nich, nie był z nikim związany. Większość myślała, że to kwestia wyboru, że Rachelowi jest lepiej bez zobowiązań, bez konieczności podporządkowania się jakiejś partnerce. Nikt nie pomyślał o tym, że mężczyzna dusi w sobie poczucie porażki, osobliwą klęskę, do której w praktycznie pełnym wymiarze przyczyniła się Kate – jedyna kobieta, którą obdarzył głębszym i poważniejszym uczuciem i jedyna kobieta, która mogła zranić go swoją odmową.
- Chcesz pogadać? - Hudson posadził pijanego mężczyznę w fotelu i widząc, jak zaprzecza ruchem głowy, mruknął – jak chcesz… włączyć muzykę?
Nawet jeśli zdziwiła go płyta, która tkwiła w gramofonie, postanowił tego nie komentować. Po chwili pomieszczenie wypełniły dźwięki utworu Percy'ego Sledge'a.
When a man loves a woman
Can't keep his mind on nothin' else
He'd trade the world
For a good thing he's found
If she is bad, he can't see it
She can do no wrong
Turn his back on his best friend
If he puts her down


When a man loves a woman
Spend his very last dime
Trying to hold on to what he needs
He'd give up all his comforts
And sleep out in the rain
If she said that's the way
It ought to be


When a man loves a woman
I give you everything I got
Trying to hold on
To your precious love
Baby Baby please don't treat me bad

When a man loves a woman
Deep down in his soul
She can bring him such misery
If she is playing him for a fool
He's the last one to know
Loving eyes can never see


- Uuu… no to opowiadaj, kto ci tak podpadł, co? - zagaił, gdy ostatnie dźwięki utworu rozpłynęły się po ponurym pokoju. - Kim jest ta laska, która tak wpadła ci w oko? Nie mów… nasza słodka niedostępna Katie?
Oczywiście, że o nią chodzi, bo o kogo innego? Poza tym widzieliśmy go, jak rozmawiał i żegnał się z nią po festiwalu… nie wyglądali jak para znajomych… tak… to pewnie o nią chodzi, ale czemu się tak rozpija? Aż tak zalazła mu za skórę? Nie chciała go? Przecież jest tysiąc razy lepszy niż ten szmaciarz Sixx... Nieświadomy stanu, w jakim znajdował się Bolan, Slash rozmyślał nad możliwymi scenariuszami spotkania dwójki jego znajomych. Był tak pogrążony w myślach i wizjach, że aż podskoczył, gdy basista się odezwał.
- Pierdol się! Co ty, kurwa, wiesz o tym, co mogę czuć?! Co ty wiesz o miłości?! Co wiesz o tej pierdolonej, palącej tęsknocie?! Co wiesz o bólu odrzucenia?! No, kurwa, co?! Wam zawsze zależało tylko na zaliczeniu kolejnej laski! Zawsze! - krzyknął z nietłumioną agresją w głosie – Ile dziewczyn pieprzyliście i wypierdalaliście za drzwi bez słowa? No ile? Ty, Axl, Stradlin… nawet Duff był, jest i będzie zwykłym dziwkarzem, który bawił się w małżeństwo, a gówno wie o miłości!
- Stary, kurwa, co się rzucasz? Chciałem tylko pogadać! - burknął i pozwolił, by gęste loki przykryły mu twarz – Poza tym ok! Może nie zawsze byłem fair, ale kto ci powiedział, że cię nie rozumiem?! Kto ci powiedział, że nikogo nie kocham?!
- Kochasz… jasne… wiesz kogo? Samego siebie! - prychnął z pogardą i dopiero się rozkręcał w wylewaniu swoich skarg i cierpienia. -Nigdy nie zrozumiesz tych uczuć! Nigdy nawet nie spojrzysz na duszę kobiety, bo obchodzą cię tylko cycki! Nie zrozumiesz tego pieprzonego, żrącego uczucia uwielbienia i bólu! Nie masz, kurwa, pierdolonego prawa wciskać mi, że za kimś szalejesz, że kosztem własnego „ja” jesteś w stanie uszczęśliwić kogoś innego! - chwiejnym krokiem podszedł do gitarzysty i złapał go za przód koszuli - No powiedz! No dalej! Kogo niby kochasz, co? Jakąś dziwkę, którą ruchasz? Którąś z tych tępych groupie, które wozicie ze sobą? Siostrę Duffa, o której kiedyś plotkowano? A może, żeby nie psuć waszej chorej tradycji, zakochałeś się w dziewczynie kumpla? O… przepraszam… teraz to już jest żona… No Hudson… wciśniesz mi bajer, że kochasz Martę? Chcesz zrobić z McKagana rogacza?
Bolan w swoim pijackim bełkocie nie zwrócił uwagi na reakcję Slasha, któremu w jednej chwili odpłynęła cała krew z twarzy. Nie sądził, że ktokolwiek poza Izzym i rzecz jasna samą zainteresowaną, pozna jego tajemnicę. Nawet w najczarniejszych koszmarach nie podejrzewał, że ktoś w tak idiotyczny sposób zdemaskuje jego uczucia. Zakazane uczucia. Jednak z drugiej strony chciał mu wykrzyczeć prawdę. Bo niby dlaczego Rachel mógł mu zarzucać tak krzywdzące rzeczy? Dlaczego mógł uważać, że tylko on cierpi z powodu niespełnionej miłości? Dlaczego uważał Slasha za niezdolnego do takich uczuć? Jak mógł oskarżać go o brak troski o ukochaną osobę? Jak śmiał sugerować mu egoizm i patrzenie na własne dobro kosztem swojej wybranki? Nie miał prawa twierdzić, że Slash nie potrafi się zakochać.
- Marta?! - widząc minę Slasha, Bolan otrzeźwiał na chwilę – Co ty, kurwa… zakochałeś się w niej? Wpadłeś… - wytrzeszczył oczy i puścił koszulę flanelową gitarzysty - o chuj… jaja sobie robisz, tak? Wciskasz mi taki absurd, bo jestem najebany, tak?
- Chciałbym, Rachel, żeby to był tylko głupi żart…


- Musi pan przestać żyć przeszłością… spróbować skupić się na tym, co jest teraz i tym, co przyniesie kolejny dzień. Może zamiast zamykać się w sobie i wspominać dawne czasy, spróbuje się pan czymś zająć? Miał pan jakąś pasję, poza graniem na gitarze?
- Ta… jazda na desce. Mogłem siedzieć godzinami na jakichś placach albo skateparku.
- No to, jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, może czasem odwiedzi pan takie miejsca? - zakreśliła jakieś słowa na kartce - A co ze znajomymi? Spotyka się pan z nimi, rozmawia o bieżących sprawach? Przyjaciele często są dla nas najlepszą terapią i pomagają w problemach życia codziennego.
- Przyjaciele? - prychnął i ironicznie się uśmiechnął - Jacy przyjaciele? O czym pani mówi?
- Każdy kogoś takiego ma – powiedziała spokojnie, zapisując coś w notatniku – niech pan pomyśli.
- Przyjaciele… - mruknął pogardliwie i rozsiadł się wygodniej w fotelu - chce pani ich poznać? Pierwszy… wychowaliśmy się w tym samym gównianym mieście, znamy się od dziecka, a teraz od dwóch lat nie jest w stanie wybaczyć mi, że zostawiłem jego zespół. Następny? - zapytał i widząc, że kobieta nie zamierza mu przerywać, kontynuował – Następny zabrał mi jedyną osobę, która jest mi naprawdę bliska i którą kocham jak siostrę. Uwiódł ją, wziął z nią ślub… zrobił jej dziecko, później oskarżył ją o to, że się ze mną puściła, prawie ją pobił, wyrzucił z domu i w ramach przyjaźni spuścił mi wpierdol! Zajebisty przyjaciel, nie sądzi pani? - nie zwrócił uwagi, że kobieta uniosła w zdumieniu brwi i coś zanotowała - A jeszcze kolejny tę samą dziewczynę próbował zbajerować, miał gdzieś moje… zakazy i dodatkowo chciał ją zerżnąć na jej własnym weselu. O dziwo ona, w przeciwieństwie do mnie, mu wybaczyła i teraz żyją sobie w zgodzie i gruchają jak dwa pieprzone gołąbki. Starałem się, kurwa, być dobrym przyjacielem, pomagałem... a przynajmniej nie przeszkadzałem temu gnojowi w zdobyciu Marty, po cichu usuwałem mu rywala, którego zmusiłem do odpierdolenia się od niej i nie robienia jej wody z mózgu. I wie pani jak mi się odwdzięczyli? Jeden obił mi mordę, połamał żebra i zmasakrował nerki, a drugi ma mnie gdzieś i zgrywa kochanego pocieszyciela mojej siostry! Myśli pani, że to odpowiednie osoby do pomagania mi w moim popieprzonym życiu? No chyba, że danie im w mordę ma mi w jakikolwiek sposób pomóc. Wtedy mogę widywać się z nimi codziennie.
- No… może oni niekoniecznie się nadają, ale... na pewno ma pan jeszcze innych bliskich znajomych albo tę dziewczynę, Martę...
- Nie, nie mam – burknął – a ona ma wystarczająco dużo swoich problemów, żeby mnie niańczyć.
Westchnęła. Już dawno nie miała do czynienia z takim pacjentem. Zagubiony, zgorzkniały i uparty młody mężczyzna, który kompletnie nie widział dla siebie ratunku i szczęśliwego zakończenia, bo tak strasznie uwiązał się przeszłości i wspomnień z dawnego życia. To było dopiero ich trzecie spotkanie, a usłyszała już tyle przykrych słów i opowieści, że w zasadzie nie mogła się dziwić jego obecnej postawie, bo w swojej karierze rzadko miała do czynienia z tak poranionymi duszami jak on. W zasadzie mógł konkurować z jej najlepszym, jeśli chodzi o staż i intensywność wizyt, pacjentem. Od kilku miesięcy mogła go nazywać tylko byłym pacjentem, bo po dziesięciu długich latach, na jej wyraźną prośbę, zakończył terapię.
- A co z kobietami, panie Isbell?
- Z kim? - zaśmiał się gorzko. - To żart? Nie ma nikogo i zapewne nie będzie.
- Bo nikt nie jest Emily? - zapytała, wertując notatki.
- Dość! Powiedziałem ostatnio, że nie będziemy więcej o niej rozmawiać!
W jednej chwili gitarzysta zerwał się z fotela i zaczął zakładać skórzaną kurtkę. Ze zrezygnowanego i samotnego mężczyzny nie pozostało praktycznie nic. Teraz Jeffrey Isbell był wcieleniem furii. W jego oczach pojawiły się złowrogie błyski, usta zacisnęły się w pogardliwym grymasie. Chciał się zmienić, chciał popracować nad sobą i znaleźć jakąś nadzieję na lepsze jutro i co? Ta cała psycholog, zamiast mu pomóc, wyciąga na wierzch brudy, o których podobno powinien zapomnieć. Pyta o rzeczy, które zostały ujawnione na ich pierwszym spotkaniu. Stradlinowi było wtedy ciężko, myślał, że nic z siebie nie wyrzuci, że zwariuje od fali obrazów, które przemykały mu przez głowę. Prosił kobietę, żeby więcej nie poruszała tego tematu i skupiła się na teraźniejszości. Prosił ją o to, by zapomniała, o czym opowiadał jej na pierwszej sesji i nie męczyła go więcej bolesną przeszłością.
- Panie Isbell… Jeffrey, niech pan usiądzie… - powiedziała cicho – wiem, że to jest dla pana trudne, ale im prędzej wyciągnę pewne wnioski, tym łatwiej będzie mi znaleźć rozwiązanie pana problemów.
- Tak… nikt nie jest… nią – westchnął i usiadł z powrotem w fotelu – i nigdy nie będzie. Nikt jej nigdy nie dorówna. Prawie nikt… - wymamrotał cicho.
- Nie do końca rozumiem. Jest ktoś, kto…
- Nie… ona jest… poza jakimkolwiek moim zasięgiem – uśmiechnął się ponuro. – Mówiłem już pani, czemu jej pomogłem? To znaczy Marcie – dodał szybko, bo kobieta pytająco zmarszczyła brwi. - Jak ją zobaczyłem, coś we mnie pękło. Na pierwszy rzut oka była tak strasznie podobna, a jednocześnie tak inna. Walczyłem ze sobą, nawet pani nie wie, jakie to było przerażające uczucie. Jakbym miał pierdoloną schizofrenię albo rozdwojenie jaźni! Niby chciałem sobie wmówić, że nie jestem takim dupkiem i mogę coś zrobić bezinteresownie, ale… chyba po prostu chciałem… chciałem ożywić moją… moją Emily. Chciałem czuć to co kiedyś. Myślałem, że znowu będę szczęśliwy i będę miał bliską osobę. I miałem, ale nie w taki sposób jak wtedy. Miałem, ale pieprzony los zabrał mi kolejną… - urwał i zaciskając pięści, syknął – nie… to nie los! To ten gnój zabrał mi wszystko, a później wyrzucił jak zużytą zabawkę. Przez tego chuja nic mi nie wychodzi!


Dziwnie czuła się z tym „powrotem do przeszłości” w trochę zmienionej formie. Kolejny raz miała przekroczyć próg tego domu jako nowy mieszkaniec. Tym razem pojawiła się z walizkami i w towarzystwie małego chłopczyka, który kilka miesięcy temu świętował swoje pierwsze urodziny. I co najważniejsze, tym razem ze swoim synem wprowadzali się do prawie niezamieszkałego domu. Kiedy pierwszy raz wkroczyła do salonu, miała dzielić ten dom z piątką trochę nieokrzesanych muzyków. Po ponad pięciu latach od tego przełomowego momentu w swoim życiu, miała mieszkać z tylko jednym mężczyzną, który pozostał z paczki przyjaciół.
Nie miała pojęcia, czy ten pomysł wypali, ale czy miała inne opcje? Nie mogła przecież dalej korzystać z uprzejmości Matta i mieszkać u niego za darmo, bo nie chciał przyjąć od niej żadnych pieniędzy. Poza tym fakt, że był bratem Duffa, jeszcze bardziej utrudniał sprawę – nie chciała wchodzić pomiędzy braci i komplikować sytuacji jeszcze bardziej. Nie mogła wprowadzić się do Izzy'ego, bo wiedziała, że gitarzysta potrzebował teraz więcej przestrzeni osobistej i swobody, by poukładać sobie życie i być może ponownie zakosztować życia towarzyskiego. Zresztą chyba dla dobra psychicznego obojga, lepiej było, gdy widzieli się nawet kilka razy w tygodniu, ale nie musieli być skazani na siebie nawet w nocy. Zbyt często dochodziło między nimi do spięć, by mogli spędzać ze sobą całe dnie. Nie potrafili dogadać się nawet w najbardziej błahych sprawach. Za często Izzy wypominał Marcie jej decyzje – jego zdaniem zbyt pochopne i podejmowane tak, jakby nie wyciągała wniosków z przeszłości. Od pewnego czasu, nie było spotkania, żeby nie posprzeczali się o Duffa, Slasha, czy życie prywatne Stradlina. Oczywiście kierowała nimi troska o drugą osobę, ale efekt był zgoła inny, niż ten planowany i żadne z nich nie chciało jeszcze bardziej pogarszać sytuacji. Za bardzo potrzebowali siebie nawzajem, żeby niszczyć to, co ich łączy.
- Chcesz wrócić do swojego pokoju? - zapytał Slash, parkując swoją czarną Corvette na podjeździe – w sumie prawie wszystkie są wolne. No chyba, że chcesz więcej prywatności z młodym no to…
- Ten od Izzy'ego będzie w sam raz – mruknęła, odwracając się do śpiącego w foteliku na tylnym siedzeniu Jeffa – nie chcę ci się pałętać po całym domu, a Jeff bywa marudny, płacze w nocy…
- To nie problem. Uwierz, od jakiegoś czasu tu jest jak w pieprzonym grobowcu. Chuj mnie czasem trafia, bo gadam do pustych ścian – skrzywił się i trzepnął głową, by włosy przysłoniły mu twarz – Nie wiem, jak Stradlin może mieszkać tyle czasu samemu i nie oszaleć. Przejebane…
Wysiadł z samochodu i wyciągnął walizkę i torbę sportową, w których Marta miała część swoich rzeczy. Wchodząc do domu, brunetka poczuła się co najmniej dziwnie. Miała wrażenie, że nawiedziło ją uczucie deja vu. Już kiedyś przechodziła przez drzwi wejściowe i pierwszą rzeczą, która wtedy rzuciła się oczy, była sterta śmieci w salonie.
- A tak w ogóle, czemu wyprowadziłaś się od Matta?
- Nie chciałam go tak długo męczyć i to jeszcze za darmo – powiedziała z przekąsem – zresztą to brat Duffa i głupio mi korzystać z jego dobroci. Poza tym chyba czas iść do przodu. Matt obiecał mi pracę u siebie, bo jakaś dziewczyna jest w ciąży i potrzebuje kogoś do pomocy. Na początek to chyba dobra opcja. I Slash… mogę cię o coś prosić?
- Jak zawsze, Dziecino. O co chodzi?
- Czy… zanim zacznę zarabiać… pożyczyłbyś mi trochę pieniędzy? Ja ci wszystko oddam, ale…
- Chcesz kasę? - zapytał zaskoczony i zgarną stertę kartonów po pizzy z kanapy. - A co z waszym kontem? Przecież…
- Od tygodnia mam zablokowany dostęp – wymamrotała, spuszczając wzrok – nie mam nawet na pieluchy dla Jeffa…
Po problemach z uregulowaniem rachunku za zakupy, Marta kolejny raz próbowała skontaktować się ze swoim mężem i zapytać, co się stało i spróbować w jakikolwiek sposób załagodzić albo wyjaśnić ich relację. I znów nasłuchała się wiązanki obelg, która teraz poszerzyła się o nowe oskarżenia – brunetka pewnie była z Duffem tylko dla kasy i dla jego pieniędzy oszukała go ze swoją ciążą. Uznał, że nie zamierza dłużej łożyć na bachora Stradlina albo innego kochanka i kobieta ma sobie radzić sama. Jeszcze tego mi brakowało… te narkotyki aż tak bardzo wypaliły mu mózg?! Co jeszcze wymyśli? Co mi jeszcze może powiedzieć, żeby mnie bardziej obrazić, zranić i upodlić? Przecież nie mogę udawać, że mnie to nie rusza! Nie mogę udawać, że Duff nie istnieje i mam gdzieś, czy powie o mnie coś złego… nie mogę o nim zapomnieć, ale na pewno nie zamierzam się upokarzać i błagać go o litość… nie zamierzam nikogo o nic błagać… już nie...
- Co, kurwa?! Duff pozbawił cię kasy?! Kurwa mać, jesteś jego żoną! A on jest pierdolonym ojcem twojego dziecka! Jak mógł zrobić coś takiego?! - krzyknął wzburzony i odpalił kolejnego papierosa – Rozszarpałbym go, kurwa…
- Slash… - przerwała mu ostro.
- Ok, ok… już nic nie mówię, ale dobrze wiesz, że… zresztą nieważne – uniósł ręce w obronnym geście – o finanse się nie martw, dogadamy się... tylko błagam, uwzględniaj mnie, jak będziesz dla siebie gotować – uśmiechnął się szeroko i cmoknął ją w czoło – więcej chińszczyzny w siebie nie wcisnę.
Po kilku godzinach, paru przestawionych meblach i rozpakowaniu walizek, Marta w końcu poczuła ulgę. Wróciła. Znowu była w miejscu, w którym od nowa zaczęło się jej życie. Oczywiście nie wszystko wyglądało tak jak powinno. Niby było z nią wymarzone dziecko, ale gdzie podział się mąż? Czy w ogóle kiedykolwiek będą w stanie naprawić swoje zniszczone małżeństwo? Czy Jeff będzie wychowywał się bez ojca, czy chociaż będzie miał weekendowego rodzica? Czy uda się jej zbudować rodzinę, o której ona sama mogła tylko śnić i bezcelowo modlić się o wybawienie z koszmaru? Jak mogłeś… dlaczego to zrobiłeś? Czemu nawet nie dałeś mi się wytłumaczyć? Czemu nie dałeś mi szansy na wyjaśnienie wszystkiego? Dlaczego, gdy opadły emocje, gdy uspokoiłam się po tej okropnej napaści na Izzyego, nawet nie chciałeś usłyszeć ode mnie prawdy? Zastanawiała się, przypominając sobie swoją nieudaną i przedostatnią rozmowę telefoniczną z Duffem – bo na więcej i na bardziej bezpośrednią formę nie miała odwagi.
Mniej więcej tydzień po ich awanturze i wyzwiskach próbowała zadzwonić do Duffa i chociaż zapytać, dlaczego tak ją potraktował i czemu naskoczył na nią z tak absurdalnymi zarzutami. Chciała, mimo strachu i złości o jego szalone czyny, zapewnić go, że nigdy go nie zdradziła. Próbowała powiedzieć, że tylko jego kochała i to jego dziecko, które miało teraz ponad rok, nosiła przez dziewięć miesięcy. Jedyne, co uzyskała, to kolejna fala agresywnych bluzg pod jej adresem, a także prośby, które bardziej przypominały groźbę i ostrzeżenia, żeby trzymała się z dala od niego. Nie zdążyła nawet powiedzieć, że mężczyzna się myli, bo rzucił słuchawką i po kolejnych próbach połączenia się z nim, odłączył telefon. Dobrze wiedziałeś, że byłeś tylko ty. Wiedziałeś, jaka jestem, kim jestem, wiedziałeś, że cię kocham. Skąd wziąłeś te głupoty o romansie z Izzym? Z Izzym! Na Boga! Przecież to nawet brzmi irracjonalnie! Ja i Stradlin… ja i facet, który nawet nie spojrzałby na mnie, gdybym paradowała przed nim nago! I Jeff… przecież tylko ślepy nie widziałby w nim ciebie! Tylko głupiec nie zobaczyłby w nim twoich ust. Im był starszy tym bardziej przypominał ciebie! Już nie pamiętasz, jak się cieszyłeś? Nie pamiętasz, jaki byłeś szczęśliwy, gdy urodziłam? A teraz jeszcze chciałeś mnie dobić, zabierając mi środki do życia? Wal się dupku, obejdzie się bez twojej pomocy... Nawet nie miała chęci płakać i załamywać się. Ten etap chyba miała za sobą. Teraz jedyne, co czuła, to wszechogarniające rozgoryczenie, niedowierzanie, a także, co ją zdziwiło, złość. Złość na siebie, że nie była w stanie wykrzyczeć Duffowi prawdy w twarz i go tym uspokoić i otrzeźwić. Złość na McKagana za to, jak ją potraktował, o co oskarżył i jak zachował się w stosunku do niej i do kompletnie niewinnego Stradlina; nie bez znaczenia dla jej obecnego stanu była jego postawa odnośnie Jeffa. Jak mógł wyprzeć się własnego syna, którego wyzwał od bękartów?
- Marta? Słuchaj, bo chciałe... - w drzwiach pojawił się Slash – to może przyjdę za chwilę? - mruknął ciszej, widząc, że dziewczyna usypia Jeffa.
- Zaraz do ciebie przyjdę, ok?
Zastała Slasha w jego pokoju. Prawie nic się tutaj nie zmieniło od pięciu lat. Przybyła kolejna szafka, w której trzymał płyty ulubionych zespołów i pojawiły się dwa nowe Gibsony. Jak zawsze praktycznie wszędzie walały się na pół wypalone paczki papierosów. Na stoliku obowiązkowo musiała stać butelka Jacka Danielsa. Tym razem była jeszcze nieotwarta. Sam mężczyzna siedział na łóżku i brzdąkał jakąś melodię na jednej ze swoich gitar. Rozpoznając melodię, Marta zaczęła mruczeć tekst utworu.
Did I disappoint you?
Or leave a bad taste in your mouth?
You act like you never had love
And you want me to go without

Well it's too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We're one
But we're not the same
We get to carry each other
Carry each other
One

Have you come here for forgiveness
Have you come to raise the dead
Have you come here to play Jesus
To the lepers in your head
Did I ask too much
More than a lot

You gave me nothing
Now it's all I got
We're one
But we're not the same
We hurt each other
Then we do it again


Zamyśliła się. To był dość dziwny wybór, jeśli chodzi o upodobania muzyczne Slasha. Czy to miała być jakaś wiadomość dla niej? Chciał w łagodny sposób wyrzucić jej, że pozbawia go miłości i odbiera możliwość decydowania o jego uczuciach? Czy on sugeruje, że kobieta pogodziła się z nim i przeprowadziła się do niego, żeby odkupić swoje winy? Miała zrozumieć aluzję, że swoim zachowaniem go rani? A może to był zupełny przypadek?
- Zamierzasz dać mu szansę? - zapytał nagle, wyrywając ją z zamyślenia. - Oczywiście, jeśli zachce mu się przepraszać i tłumaczyć swoją głupotę.
- Nie wiem… nie, myślę, że nie. Nie po tym wszystkim, co zrobił. Zresztą wątpię, czy kiedykolwiek on dałby mi szansę wyjaśnić… - westchnęła. - Wiem, że on nigdy nie przebierał w słowach i potrafił być ostry, czasem mówi coś zanim pomyśli, ale… ja się go boję, Slash. Po prostu się go boję. I nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostać z nim sam na sam. Tak samo nie ma opcji, żebym pozwoliła zbliżyć mu się do Jeffa. Nie po tym, co widziałam w jego oczach i tym, jak się zachowywał. Nie po tym, co zrobił Stradlinowi… nie po tym, z jaką nienawiścią na mnie patrzył. Gdyby mógł, rozszarpałby mnie wtedy na kawałki…
Ty go kochasz, a on cię nienawidzi? No trochę chujowy układ, nie sądzisz, Dziecino? Dostał więcej niż to, na co kiedykolwiek zasługiwał, spadłaś mu z nieba, dałaś szczęście, dziecko, siebie. A on? Odpłacił ci twoim cierpieniem, traktowaniem cię jak szmatę i wypierdoleniem cię z waszego domu… zajebiście. Po chuj w tym trwasz? Czemu nie wykreślisz go ze swojego życia? Czemu nie zażądasz rozwodu? Po głowie krążyły mu gniewne myśli, jednak wiedział, że nie ma prawa wypowiadać ich na głos i proponować rozwiązania jej kłopotów. Z miejsca straciłby szansę na cokolwiek. W jednej chwili doprowadziłby do zniszczenia ich relacji. Znowu. A tego nie zamierzał powtarzać i przeżywać nigdy więcej.


Nie miał najmniejszej ochoty na te odwiedziny. Niby nie musiał iść, mógł do niej zadzwonić i poprosić o spotkanie na mieście albo w jego domu, ale po prostu nie wypadało. To przecież jej urodziny. Tylko jak on zniesie towarzystwo Slasha? Sam nie wiedział, kogo bardziej nie tolerował –Slasha czy Duffa. W jego mniemaniu i jeden i drugi nie zasługiwali chociaż na spojrzenie czy słowo Marty. Obydwaj byli w jego oczach ni mniej ni więcej skurwielami. Kiedyś byli przyjaciółmi, wręcz rodziną. Dziś poza wspólną przeszłością nic ich nie łączyło. No może wzajemna niechęć, granicząca z nienawiścią. No i ona. Kobieta, którą każdy z nich na swój własny, popieprzony sposób kochał, czy lubił. Tylko, że to już nie wystarczało do utrzymania względnej zgody. Ich stosunek do niej nie mógł wygrać z ich nadętym ego, chęcią bycia lepszym od innych. Jej ciepło i radość, którą wprowadziła w ich życie, nie miała szans przy wzajemnych oskarżeniach, złośliwych komentarzach i hipokryzji, która przekraczała wszelkie normy.
- Powariowaliście?! Co wy robicie?! - wyminęła wózek, który wtaszczyła do salonu i podbiegła do mężczyzn. - Natychmiast przestańcie!
Właśnie wróciła ze spaceru z Jeffem i od razu podniosło się jej ciśnienie. Nie miała pojęcia, co w domu, w którym obecnie mieszkała, robił Stradlin. Nie to, że zabraniała mu tu przychodzić, jednak jego obecność była dla niej zaskoczeniem. Nie byłoby w tym nic złego i strasznego, gdyby nie to, że zastała go szarpiącego się z innym domownikiem. Wiedziała, że ani Izzy ani Slash nie garnęli się do tego, aby zakopać topór wojenny, ale mimo wszystko miała nadzieję, że poza rzuceniem paru niemiłych słów, nie dojdzie do rękoczynów. Zachowywali się jak urażone i śmiertelnie na siebie obrażone dzieci. Owszem, może mieli powód, żeby nie pałać do siebie taką sympatią jak dawniej, ale takie zachowanie było wręcz naganne.
- Dość! - złapała w powietrzu rękę Stradlina, który, nie zważając na jej protesty, chciał ponownie wymierzyć cios – Co was, kurwa, opętało?! Izzy!
- Nie wiem, o co ci chodzi – wycedził przez zaciśnięte zęby – po prostu sobie ze Slashem rozmawiamy.
Zmrużyła oczy i odciągnęła mężczyznę na bok. Z nerwów nawet nie wiedziała, co mu powiedzieć. Nie wiedziała, czy bardziej irytowała ją jego nonszalancka postawa, czy absurdalne zachowanie w stosunku do swojego dawnego przyjaciela. A może jeszcze gorszy był sam Hudson, który nawet nie próbował ukryć, że sprowokował Stradlina? Toczyli otwartą wojnę. Tylko o co? O nią? O Martę? To kompletny absurd. Przecież Isbell był jej bratem, rodziną, jedną z najbliższych osób. Był kimś, kim Slash nigdy nie będzie. Nie musiał udowadniać sobie i Slashowi, że jest dla niej kimś ważnym. A Saul nie mógł konkurować z Izzym o miłość Marty, bo ani jednego ani drugiego nie kochała w ten sposób; żaden z gitarzystów nie był Duffem. A szkoda… o ile prostsze byłoby teraz moje życie, gdybym go nie kochała. O ile łatwiej byłoby mi zrobić krok naprzód, odciąć się od tego wszystkiego i ułożyć sobie życie z kimś innym… z kimś, kto da mi szczęście. Z kimś, dla kogo wódka i koka nie będą ważniejsze ode mnie i Jeffa.
- Ty już się nie odzywaj – wskazała oskarżycielsko na Slasha – a ty, mój drogi, idziesz ze mną – warknęła na swojego przyszywanego brata i pociągnęła go do pokoju, który kiedyś sam zajmował.
- Zanim zaczniesz na mnie wrzeszczeć… - mruknął, gdy zamknęła za nim drzwi – spełnienia marzeń, moja mała siostrzyczko - przyciągnął ją do siebie i szepnął do ucha – i… żebyś w końcu odnalazła spokój i szczęście, na które zasługujesz.
Objął zaskoczoną dziewczynę i wtulił twarz w jej gęste włosy. Powinien ją jakoś udobruchać, w końcu to jej urodziny, jej święto. Nie powinna w takim dniu denerwować się na Slasha, który nie potrafi trzymać języka za zębami. Nie powinna przejmować się tym, że Izzy znowu został przez niego wyprowadzony z równowagi. Gdybyś dał jej pieprzony spokój, to nie miałbym ochoty obić ci mordy! Gdybyś się od niej odpierdolił, tak jak cię prosiłem, to nie denerwowałaby się na mnie i nie kłóciła cały czas ze mną o to, że chcę dla niej jak najlepiej! Nie robiłaby mi wyrzutów, że się o nią martwię, gdybyś nie odgrywał tej komedii wielce uciśnionego i skruszonego palanta! Przysięgam, kurwa, zrobię wszystko, żeby ona w końcu przejrzała na oczy i dała ci kopa w dupę! Tobie i temu skurwielowi…Czując, jak dziewczyna go obejmuje, odpędził od siebie ponure i mściwe myśli. Po chwili na jego ustach pojawił się szeroki, wystudiowany, niekoniecznie szczery uśmiech. Ćwiczył go tak długo, że opanował go już do perfekcji. Spojrzał na kobietę, która o kolejny rok oddaliła się od jego idealnej, młodziutkiej siostrzyczki. Następne trzysta sześćdziesiąt pięć dni odsunęło go od tamtego pamiętnego dnia.
- Nie wiedziałem, co mógłbym ci dać, więc… - wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki kopertę – mam nadzieję, że trafiłem z miejscem.
- Wykupiłeś mi waka.. co?! - wytrzeszczyła oczy, gdy zobaczyła miasta, które miała odwiedzić - Florencja, Neapol, Forli, Pesaro… Izzy, to jest… to…
- To są chyba średniowieczne Włochy, jeśli się nie mylę – wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu – widziałem u ciebie parę książek i pomyślałem, że chyba to lubisz…
Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa… cześć Stradlin… dawno nie wpierdalałeś się w moje życie. Prawie zaczynałem tęsknić. To takie żałosne… Pomyślałem, że chyba to lubi? Chyba to lubi i dlatego wymyśliłem dwutygodniową wycieczkę marzeń? Tylko głupi w to uwierzy i nie zrozumie oczywistego. Dobrze to wykombinowałeś Izzy… Wyprawa do Włoch i to jeszcze z Tobą do towarzystwa… zabrać ją byle jak najdalej od Hudsona… Jeden-zero dla Ciebie! Uśmiechnął się pod nosem i łapiąc ją za rękę, rzucił wesoło:
- Ubieraj się, zabieram was z Jeffem na urodzinowy obiad.


- Nie wiem, jak to zrobisz, Slash – wypuścił dym przez zaciśnięte zęby. - Szczerze mówiąc mam to w dupie. Ona po prostu ma się o tym dowiedzieć, zanim zeżrą nas gazety.
- Czemu sam jej o tym nie powiesz, co? To był twój pomysł!
- Nie ja z nią mieszkam i rżnę pocieszyciela! Poza tym zawsze dogadywałeś się z nią lepiej ode mnie. I nie udawaj, że to wszystko cię nie cieszy, bo kiepsko ci to wychodzi.
Slash zmrużył oczy i potrząsnął włosami, by zakryć twarz. Od samego początku nie podobał mu się plan Axla. Rzecz jasna jego decyzja była mu na rękę i nie mógł się doczekać ostatecznych działań. Odliczał tygodnie do zmian personalnych, które miały nastąpić w najbliższym czasie w Guns n'Roses. Odliczał dni do momentu, gdy uwolni się od gęby, na którą miał ochotę rzucić się w każdej chwili. Jednak pomysł miał zbyt wiele luk, zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele komplikacji i zbyt wiele przeszkód do pokonania. Jedną z nich była ona. Zdawali sobie sprawę z tego, że czeka ich ciężka przeprawa z nią. Niby powinna ich popierać, ale wiedzieli, że nie będzie zachwycona tym, co wymyślili, bo poniekąd godziło to w jej interesy i życie.
- Nie życzę sobie, żeby dowiedziała się ostatnia – mruknął, upijając łyk bursztynowego płynu. - Masz jakiś problem? - warknął, słysząc jak jego przyjaciel prychnął – uważaj… bo ty wylecisz z jeszcze większym hukiem…
Gitarzysta chcąc nie chcąc porzucił temat. Wiedział, że Axl nie rzucał słów na wiatr, nie był nawet w nastroju do jakichkolwiek żartów. Wolał się nie narażać i cierpliwie czekać, aż Rose odzyska chociaż cząstkę dobrego humoru. Po tym, jak szantażem zmusił zespół do zrzeczenia się praw, żaden z nich nie mógł być pewny swojego jutra. W każdej chwili mogli podzielić los Adlera, a teraz także kolejnego członka Najniebezpieczniejszego Zespołu Świata.
- Może bez tego gnoja w zespole, w końcu uda nam się coś nagrać – wypił do końca whisky i westchnął. - Pamiętasz te czasy, gdy nagrywanie było przyjemnością? Mogliśmy przesiadywać w studiu całe godziny, śmiać się, gadać, tworzyć nowe utwory, grać… - odgarnął rude włosy z twarzy i dodał przygnębionym głosem - po prostu spędzać ze sobą czas, jak przyjaciele… rodzina.
- Tyle, że wszystko się zjebało.
- Wiesz dlaczego? - zaczął bawić się pustą butelką po bursztynowym trunku. - Przez wasze pieprzone dragi. Wszystko zaczęło się pierdolić, gdy zaczęliście brać na potęgę, bez opamiętania. Ty, Izzy, Steven… Duff…
- Nie zwalaj winy na mnie, ok?! Ty czasem też nie byłeś lepszy! Poza tym nie jestem Adlerem, którego wyjebałeś za ćpanie. Nie jestem Stradlinem, który miał nas dość i odszedł. I nie jestem tym skurwysynem, który swoim zasranym ego i pojebanym życiem uczuciowym rozpierdolił zespół!
Byli tak pochłonięci zaczynającą się kłótnią, że nie usłyszeli trzasku drzwi wejściowych. Nie zwrócili uwagi, że z korytarza obserwowała ich niska brunetka. Wylewali z siebie żale, które zbyt długo były tłumione i nieomawiane w niewielkim gronie muzyków Guns n'Roses. Slash wiedział, że Rose poniekąd ma rację, jednak nie zamierzał przyznawać się do błędu i pozwolić, by ktokolwiek traktował go na równi ze Stevenem i Duffem. Z drugiej strony Axl zdawał sobie sprawę, że został mu tylko Hudson, bo przecież na Matta i Dizzy'ego nie mógł za bardzo liczyć, a Gilby od samego początku był traktowany jako zastępstwo. Sytuacja była patowa, mogli tylko cierpliwie czekać i obserwować rozwój wypadków.
- Jakbyś był Adlerem albo McKaganem, to już dawno bym cię wypierdolił. Nawet przez chwilę miałem taki zamiar – Axl zmrużył oczy i dodał – o dziwo szybciej i bez interwencji się opamiętałeś. I liczę na to, że pozbycie się McKagana będzie ostatnią zmianą w składzie.
- Co?! - dobiegł ich zaskoczony krzyk. - O czym wy, do diabła, mówicie?!
Odwrócili się jednocześnie w kierunku drzwi. Gitarzysta zbladł, widząc kobietę, która z wytrzeszczonymi oczami, wpatrywała się w przyjaciół. Zdecydowanie nie tak miało się to odbyć. To nie miało być przypadkowe podsłuchanie rozmowy. Mieli ją na to najpierw przygotować i na spokojnie przedstawić argumenty. Wyjaśnić jak wygląda sytuacja, uświadomić, że żaden z nich nie chce rozpadu zespołu i nie mogą pozwolić, by nałogi i zachowanie McKagana ciągnęło ich na dno. No w zasadzie to tylko on miał to zrobić i tylko on miał ponieść konsekwencje i przyjąć całą złość Marty na siebie. Rzucił szybkie spojrzenie na Axla i zmarszczył brwi. Rudowłosy mężczyzna praktycznie nie przejął się tym, że zostali podsłuchani. Można powiedzieć, że wyglądał na zadowolonego z zaistniałej sytuacji.
- Cześć Dzieciaku – uśmiechnął się, ignorując złość i rozczarowanie, które pojawiły się w oczach kobiety. - Miło cię widzieć, jak tam nasza przyszła gwiazda rocka? - zapytał, wskazując brodą na wózek.
- Axl, o co, kurwa, chodzi?! - udawała, że nie słyszy jego słów. - Jak w ogóle… - urwała, gdy Rose w jednej chwili znalazł się przy niej.
- Zostaw młodego wujaszkowi Slashowi i chodź.
- O co chodzi? Axl, co ty robisz?! - zawołała zaskoczona, gdy mężczyzna pociągnął ją za rękę w kierunku drzwi wyjściowych.
- Idziemy na małą przechadzkę, bo mamy do pogadania – burknął władczym tonem i wyciągnął Martę z domu.
Może nie był to najdelikatniejszy sposób, ale chociaż nie dał dziewczynie szansy na rozpętanie piekła i wzajemne przekrzykiwanie się. Nie miał ochoty na wrzaski Marty i głupie bronienie się Slasha i to jeszcze przy Jeffie. Lepiej było wyciągnąć ją z domu i spokojnie porozmawiać, skoro Hudson nawet tego nie potrafi. Może i chciał zrzucić odpowiedzialność na gitarzystę, ale mimo wszystko uznał, że on jest w stanie schować emocje do kieszeni i nie robić z tego prywatnego cyrku jak Slash. Wtedy i owszem – Marta mogła Axlowi zarzucić zbyt radykalne działania, ale nie miała prawa zarzucać mu subiektywizmu i kierowania się chęcią zemsty i odegrania się za swoje szkody. Spacerując po pobliskim parku rzeczowo przedstawił jej swoją motywację. Czarno na białym przedstawił argumenty za wyrzuceniem McKagana z zespołu. Mógł także zaprezentować jej jakąś minimalną linię obrony dla jej męża, jednak nie znalazł niczego łagodzącego sytuację, poza wieloletnią przyjaźnią, a to w tym przypadku było niewystarczające.
- Słuchaj, Marta… jest mi przykro z twojego powodu i tego, co ci zrobił, ale w tym momencie mam to gdzieś – nie zwrócił uwagi na jej kwaśną minę i kontynuował – i nie wypierdalam go z zespołu, bo się szmaci. Chuj mnie obchodzi, czy on posuwa każdą spotkaną na ulicy dziwkę, czy już zaliczył każdą groupie, czy nawet wykupił sobie pieprzony karnet w burdelu. Póki nie robi burd, potrafi utrzymać w rękach bas i cokolwiek zagrać, może się nawet sprzedawać bandzie pedałów za działkę.
Skrzywił się, gdy zobaczył, że do jej oczu napływają łzy. Chyba przesadził. Chyba był zbyt ostry. Jednak jak miał w dobitny sposób powiedzieć to, co myśli? Jak miał jej wytłumaczyć, że nie kieruje się sentymentami i prośbami przyjaciół, tylko dobrem zespołu? A w interesie i jego i wszystkich członków Guns n'Roses było to, aby pozbyć się najsłabszego ogniwa. Gdyby nie cała otoczka życia osobistego muzyków, można pomyśleć, że to wierna kopia sytuacji sprzed kilku lat. Patrząc na obecne problemy, Axl miał wrażenie, że to jakieś przykre deja vu. Już raz narkotyki, alkohol i brak umiaru opanowały zespół i doprowadziły do radykalnych działań. Już wtedy Axl uprzedzał, że nie będzie tolerował takiego zachowania. Oczywiście można powiedzieć, że w takim wypadku powinien rozwiązać cały zespół, bo poza nim, każdy w mniejszym lub większym stopniu miał problem i był uzależniony. Różnica polegała na tym, że większość muzyków potrafiła utrzymać w rękach swoje instrumenty i wydobyć z nich odpowiednie dźwięki. Większość muzyków w Guns n'Roses nie doprowadzała go do białej gorączki, gdy kolejny raz musieli powtarzać nagranie, bo ktoś nie był w stanie uderzyć kilka razy w struny.
- Dziwię się, że w ogóle mnie o to prosisz – mruknął łagodniej i położył dziewczynie rękę na ramieniu - ale uwierz… gówno mnie obchodzi, czy to mój przyjaciel, brat, czy pieprzony kochanek… nie pozwolę zniszczyć mojego zespołu jakiemuś ćpunowi.
- Ale, Axl… nic nie rozumiesz… on… nie możecie…
- Owszem mogę – przerwał jej – i rozumiem lepiej niż ci się wydaje, Dzieciaku.
I wiem, jak kurewsko się mylisz...Nawet wyjebanie go z zespołu niczego nie zmieni… nie można się już bardziej stoczyć… Chociaż może lepiej, że o tym nie wiesz. Może lepiej, że nie widzisz tego, co on odpierdala. Dobrze, że nie widzisz tych wszystkich kurw, które przewinęły się przez jego łóżko… dobrze, że nie spotkałaś tych małych dziwek, które wypatrzył na koncercie… lepiej, że nie do końca poznałaś te nowe groupie, bo praktycznie każdą z nich miał i to nie raz. Te wszystkie butelki wódki, dragi, które są praktycznie wszędzie… Po co cię uświadamiać i dokładać ci cierpienia…. Patrzył na nią uważnym wzrokiem i pocieszająco objął ją ramieniem. Nie potrafił odsunąć nieprzyjemnych myśli. Tyle zmieniło się przez te ostatnie miesiące. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek tak źle działo się w ich zespole. Wyrzucenie Adlera było niczym, w porównaniu z tym, co czekało ich teraz. Przecież Adler nigdy nawet nie zbliżył się do stanu, w którym teraz znalazł się Duff. Rose wolał nie myśleć, kto zaopatruje McKagana w narkotyki, bo na pewno nie był to „uczciwy” dealer. Nie miał ochoty nawet myśleć o tym, ile różnych kobiet i dziwek zadowalało go od czasu awantury z Martą. Nie znał szczegółów ich rozstania, ale to, czego się dowiedział, nie tłumaczyło Duffa i jego upadku. W zasadzie nic nie tłumaczyło takiego zachowania i zeszmacenia się, bo inaczej Axl nie był w stanie tego nazwać.
- Nie rozumiem, czemu go bronisz – westchnął i odsunął ją od siebie na wyciągnięcie ramion. - Z tego, co wiem, rozstaliście się… a raczej zostawił cię w niezbyt przyjemnych okolicznościach… teraz umila sobie życie, a ty…
- To jest mój mąż – przerwała mu słabym głos – wyszło jak wyszło, ale to w dalszym ciągu mój mąż.
- To jaki masz problem? Weź rozwód… tak po prostu – wzruszył ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie – wnieś sprawę do sądu, uwolnij się od niego i zobowiązań i zacznij żyć.
- Rozwód? Axl… ja go kocham, rozumiesz?
- A to ma jakiekolwiek znaczenie? Też kochałem Erin, kochałem Stephanie i co? Chuj wszystko strzelił. Nic na siłę, Dzieciaku. Masz założyć habit i iść do zakonu, bo kochasz kogoś, kto robi ci gnój i ma cię gdzieś? Zamknij rozdział z McKaganem i rozerwij się trochę. Może szczęście uśmiechnie się do ciebie szybciej, niż myślisz? - wyszczerzył zęby w prawie szaleńczym uśmiechu i dodał – tak jak do mnie!
- Co masz na myśli?
- To tajemnica, bo nie chcę zapeszać, ale… - zniżył głos do szeptu – będziesz ciocią!


Walka. Odwieczna walka między Byłem i Będę. Uwięziony gdzieś pomiędzy rzeczywistością a fantazją. Zagubiony w przeszłości i zatracony w marzeniach. Sam. Zupełnie sam. Ze swoim bólem. Z brakiem nadziei. Całkiem sam z pragnieniami. Zbyt samotny w tłumie ludzi. Aż nadto towarzyski w pustym domu. Ogarnięty strachem, a jednocześnie zbyt obojętny, by się bać. Tak bardzo zapatrzony, a zarazem ślepy. Zagubiony w uczuciach, targających ciało i duszę. Oszalały z pustki i powierzchownych odczuć. Poukładany w bieżących sprawach, skleja rozbite na kawałki życie. Spragniony nieosiągalnych rzeczy, pogardzający najbliższym otoczeniem. Będę chce żyć… Byłem nie może doczekać się końca. Zbyt zmęczony, by budować cokolwiek, a jednocześnie złakniony wrażeń. Uciekając od bólu, wbija w serce kolejny sztylet, torturuje się widokiem, którego nigdy nie posiądzie. Rozrywany na strzępy przez poczucie winy, a zarazem tak bardzo okrutny w swoim braku sumienia. Butne Byłem żąda i nie znosi odmowy. Spokojne, nieśmiałe Będę chciałoby, ale wie, że nie może. Tęskne spojrzenia Będę nie dają rady z władczym pożądaniem Byłem. Narzucające się każdemu Byłem. Opuszczone, szukające rady Będę. Wychowane w bezwzględności Byłem, kłócące się z potrzebującym przewodnika Będę. Niesprawiedliwa, nierówna walka między przeszłością i przyszłością. Z każdym dniem przybliżam się do nieuniknionego końca. Nieuniknionej porażki Będę...

19 komentarzy:

  1. Przeczytałam i jak zwykle jestem zachwycona. Biedna ta pani psycholog, ma prawdziwie trudne zadanie, bo wkurzony Izzy jest niebezpieczny. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego. Mam też nadzieję, że Joan sobie poradzi, że z nią wszystko będzie ok. Może wróci do Slasha?
    Co do Marty, to tak jak w życiu, ona go kocha, on jej nie... czyli w tym taki jest ambaras żeby dwoje chciało na raz. Swoją drogą tutaj Duff to niezłe chamidło. Jak można tak potrafić żonę i dziecko? Nie rozumiem. Z kolei mieszkanie ze Slashem czy to aby na pewno dobry pomysł? Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    shiris

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś cudowna najlepsza, co tydzień od czasu kiedy przestałaś dodawać zaglądam tu hyh
    Nwm co napisać tak sie cieszę, że wróciłaś na dodatek z genialnymi rozdziałami.


    Od poczatku tego opowiadania mam nadzieje z Marta będzie ze Slashem ale czuję ze moje pragnienia sie nie sprawdzą. Proszę zaskocz mnie.

    Brakowało mi Ciebie i tego opowiadania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wchodzi człowieczyna na fejsbuczka, a tam takie (w końcu) radosne wieści ogłaszają^^
    Ale do rzeczy...znaczy chaotycznie jak zawsze.
    Przeczytałaś 65 książek już w tym roku??? Podziwiam...no i zazdroszczę trochu...
    Nie wiem dlaczego, ale wyczuwam romans...tfu...szanse na nowy związek i nie Marcie tu mówię (ale nie powiem o kim, zobaczę czy zgadnę^^).
    Kolejna nurtująca mnie sprawa to ta dziewczynka. I albo to jakiś celowy zabieg/nowa postać etc., albo mi już skleroza wlazła na wyższy level i muszę zasuwać po lecytynkę (swoją drogą i tak muszę) bo nie mogę jakoś jej dopasować. No niby jest tam jakieś podejrzenie, ale wiek zaś mi nie pasuje... jakaś podpowiedź/nr rozdziału ze wskazówką?
    "Wtedy był tak blisko wszystkiego czego kiedykolwiek pragnął" - piękne, piękne to jest po prostu. Niestety taka piękna nie jest już sytuacja samego nieszczęśnika Rachela. Sobie chłopak teraz pocierpi. Szkoda mi go, ale z drugiej strony nic na siłę tzn. jak Kate go nie chce to nie można się zmuszać do miłości, ale jeżeli gdzieś tam na dnie serdusia chowa to uczucie, a kieruje się czymś innym (za tą opcją jestem) to głupia kobita z niej, że takiego faceta z łapek wypuściła.
    Stradlin na kozetce i jego wypowiedź o chłopakach z zespołu bezcenna, ze dwa razy musiałam ją przeczytać- skąd Ci się takie świetne teksty w głowie biorą?
    I przeprowadzka Marty - aż zatęskniłam za pierwszymi rozdziałami i tak sobie myślę, ze jak między jednym papierem,a wyjściem "w teren" znajdę chwilę to będę sobie je podczytywać. Sama sytuacja - ciekawa, a owszem. Tak na marginesie też mieszkam w domku z samymi facetami i też mam problem z jednym (co chciałam by był kolegą, a on zwarcia w mózgu dostał - if you know what I mean) więc empatię i do kudłatego, i do Marty czuję w tym przypadku znacznie większą:P
    Kolejny tekst, który już uwielbiam - wypowiedź Axla o Duffie ("karnet w burdelu":)). A co da samego Duffa blogowego to dupek jest kompletny i tyle. Trybiki mu się poprzepalały, fałdy na mózgu wyprasowały i w ogóle rozpacz totalna w porównaniu do tego, co było czy raczej jaki był. Z jednej strony chciałabym na powrót razem McKaganków, ale z drugiej niech dziewczyna głupia nie będzie i puści go w trąbkę ^^ Chociaż jak znam Ciebie czeka nas jakiś bardzo, ale to bardzo ekscytujący zwrot akcji.

    Chyba tyle... pewnie nie zawarłam wszystkich wątków, co mi po głowie biegają, ale te najważniejsze na pewno.

    PS. Cieszę się bardzo, że zrobiłaś Axlowi dzieciaczka - niech chociaż w blogowym świecie ma jakiegoś potomka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i muszę jeszcze jedno dopisać - ten fragment na samym końcu - creme de la creme (mam nadzieję, że dobrze to napisałam) wszystkiego. I wybacz, mam nadzieję, że się nie pogniewasz, ale muszę cosik zrobić :)

      Usuń
  4. No więc! Nie zaczyna się zdania od więc ;__; Zatem.
    Wspominałam o depresyjności tego rozdziału, bo... No nie wiem, taki mi się po prostu wydaje. Broń Boże nie oceniam tego na plus czy minus dla całej fabuły, po prostu z Twoim opowiadaniem zawsze tak mam, że czytam, czytam i... I no smutno mi się robi jak tak wszyscy bohaterowie dostają tutaj po dupie i tak na dobrą sprawę nikt (może prócz Axla) nie jest szczęśliwy. Wybacz, widocznie to moje zboczenie, bo sama przeżyłam takie okresy w życiu, że delikatnie mówiąc nic tylko się chciało strzelić w łeb. Hm, no dlatego tak bardzo przeżywam np. sytuację Joan, która tutaj poleciała na pierwszy ogień. Podobnie zresztą miała Marta, która teorytycznie potem się zakochała, w międzyczasie przeżywając coraz to kolejne koszmary... W każdym razie. Wracając do początku. Mam nadzieję, że jednak Joan zaskoczy nas wszystkich i w jakiś sposób uda jej się przezwyciężyć złe wspomnienia raz na zawsze. Wiem, że to możliwe. Zawsze chciałam, żeby jednak to ten skurwiel Slash zmiękczył jej serce. Na pozór gruboskurny cham, a jednak w kwestii panny McKagan mógłby zdziałać cuda, zwłaszcza, że ma ona do niego jakąśtam słabość... No cóż, nie wiem, czy to wypali,bo jak wiadomo Hudson nie żywi do niej głębszych uczuć... Szkoda. :( Lecę dalej.

    Fragment z dzieckiem. Ok. Czy ja jestem jakaś niedorobiona, że tego nie pamiętam, czy to pierwsza wzmianka o tej dziewczynce? Właściwie to... Nie wiem, co napisać. Smutne? Straszne? Yyyy nie wiem, kobieto, co Ty masz we łbie, że zawsze jakieś drastyczne rozwiązania Ci przychodzą do głowy xD Może to siostra Marty? Jedyne dziecko jakie zapamiętałam. Albo ktoś zupełnie nowy, nie mam pojęcia szczerze mówiąc.

    Kwestia Bolana. Tu trochę się powtarzasz. Bolan, Slash, Izzy... Rozżaleni, użalający się nad sobą (masło maślane...) jak no, przepraszam, CIOTY faceci. Przez złamane serduszko. Błagam, ja wiem, wiem, że mężczyźni też mają uczucia, ale mimo wszystko mam wrażenie, że przestawiasz ich myśli w troszkę... Babski sposób. Facety to jednak skurwiele :D a jeszcze rockersi? Błagam! Zaleciało w owym fragmencie romansidłem. Za dużo tych emo ziomków.
    "Bolan w swoim pijackim bełkocie nie zwrócił uwagi na reakcję Slasha, któremu w jednej chwili odpłynęła cała krew z twarzy" - ej, jak wygląda Slash, któremu odpływa krew z twarzy? XDDDDD Tak samo! Pierdolony ninja, nikt go nie przejrzy ;_;

    Dalej, Izz. O nim już rozpisywałam się milion razy i tak jak w opinii powyższej mam nadzieję, że gość weźmie się w garść... Właściwie to... No, oni wszyscy. Że w końcu zaczną coś robić innego niż samo narzekanie. Jakieś działania? Stradlin, dupo, dawaj! :D deska? No pięknie! Ej, wiem! Niech on się zapisze do jakiegoś klubu dla skejtów i zostanie ich mistrzem, tam pozna laskę skejterkę i będą mieć własny gang! Oh yea
    Opis przyjaciół Stradlina bezcenny xDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra. Teraz kluczowa kwestia, która mnie najbardziej nurtuje i nurtować będzie!!! Dlaczego, do cholery, Duff ubzdurał sobie że Jeff nie jest jego?!?! :O na pewno nie sam to nagle wymyślił... Ale kto mógłby być na tyle bezczelny i zarazem wiarygodny w oczach McKagana, by ten mu uwierzył? Jejuuu, Slash tylko mógłby mieć... motyw, ale wiem że to nie on, poza tym blondi by nie uwierzył. Musiałby mieć jakiś dowód no... Jejku, nie wiem :p czekam na wyjaśnienie, kochana!

      A TO Slash i Izzy w następnej scenie <3

      http://giphy.com/gifs/fighting-minions-greek-MVgEZjevKLTzy

      Właśnie tak to sobie wyobrażam xD i leżę.
      "Nie wiem, o co ci chodzi – wycedził przez zaciśnięte zęby – po prostu sobie ze Slashem rozmawiamy." - haha, kocham Cię :D
      Izzy i jego plan idealny. Fiufiufiu, wycieczka, taki tam przypadek, akurat ja też jadę...

      http://stream1.gifsoup.com/view8/4730075/rape-face-o.gif

      http://gifsec.com/wp-content/uploads/GIF/2014/03/Reaction-GIF-Angry.gif

      XD przepraszam, ale ja muszę xD

      Czytając to: "Jak zauważycie coraz bardziej odchodzę od "prawdy" i realiów zlej sytuacji w zespole Gunsów" miałam cichutką nadzieję, że oto nagle nastąpił jakiś wielki przełom, że oto już, już nasze chłopy w magiczny sposób ogarnęły tyłki i się pogodzili? Wiem, złudne nadzieje... Wywalenie McKagana mu nie pomoże, przeciwnie. Nawet ten prawdziwy Slash przyznawał, że wykopanie Steve'a jeszcze bardziej go załamało i częściowo przez to Adler się tak zrujnował totalnie... Z tego co relacjonuje Axl i Slash, zachowanie Duffiastego jest wyjątkowo autodestrukcyjne. Dlaczego nie chcą wymyślić jakiejś lepszej terapii wstrząsowej dla niego? Tylko jakiej, wiem, wiem, to trudne... Swoją drogą McKagana już od jakiegoś czasu mi tu brakuje, bardzo często opisujesz sytuację Izza, która już znamy, a mnie cholernie ciekawi co tam sobie roi w głowie blondas... Jak znam Ciebie to celowo trzymasz nas w niepewności :d
      Rozwalasz zespół teraz, choć przyszlosciowo mam nadzieję na jakiś reunion. Ech, z góry zakładam, że jednak się nie doczekam. :p

      Mam jeszcze uwagę. Nawet nie wiesz jak bardzo rozumiem to, że powoli piszesz. Sama robiłam dokładnie to samo. Ale może jednak udałoby Ci się zmobilizować i dodawać częściej? Bo jak po tak długim czasie czytam, to niewiele pamiętam :(
      Kurcze, dziwny ten komentarz wyszedł, nie odbierz tego proszę jako czepianie się, bo wiesz, że Cię uwielbiam i jestem pełna podziwu dla Twojego stylu :) po prostu samo wychwalanie już tu praktykowałam, to teraz trochę piszę też o tym, co mi się nie podoba. Ale i tak kocham to opowiadanie! I cieszę się, że Axl będzie miał dzieciaczka! Musi go mieć, musi!
      I przepraszam, że jakoś tak krótko dzisiaj :c Jak coś mi się przypomni to będę walić na mejla :D

      Usuń
    2. oł jea! tyle czekania! :D
      życie nie zawsze jest takie jakbyśmy chcieli :P i zawsze ciekawiej czyta się o czyś ponurym, niż o ćwierkaniu i ciućkaniu... przynajmniej w moim odczuciu (a mówi to człowiek, który zaczytuje się w kryminałach, thrillerach, krwawych dziełach seryjnych morderców :D )
      Fragment z dzieckiem :D z moim mózgiem wszystko w porządku! poważnie :D a tutaj po prostu trzeba zbudować tło, żeby nie było bum i wtf o co w ogóle chodzi...

      Co do naszych mężczyzn... (ej znam męskich facetów, którzy jednocześnie są uczuciowi albo cierpią z powodu nieszczęśliwych miłości! :O ) nie bój nic! dwóch się uszczęśliwi, jeden przestanie zrzędzić, drugi zacznie kurwować na cały świat, gdy pierwszy przestanie, trzeci się uspokoi, polepszy mu się a później się pogodzi :v (kolejność osób jest przypadkowa xd)

      a przyjaciele Stradlina... no wiesz... co by nie mówić sama prawda! :D miałam dziką radość jak to pisałam xd

      Co do Duffa... cierpliwość jest cnotą moja droga :D

      gif stradlinkowo slashowy... mistrzostwo świata! hahahahahahahahahahahha
      no ale nie ma to jak duże obrażone na siebie dzieci :D

      uwaga powiadasz? no sama bym chciała, gdyby to ode mnie zależało pisałabym nawet w tempie cotygodniowym ale no... wiesz jak jest :P poza tym... popatrz... kto to w ogóle czyta? :P

      Usuń
  5. Zaczęłam czytać Twojego bloga od początku i nie mogę przestać się fascynować tym, jak dobrze piszesz. Mam nadzieję że kiedyś wydasz książke, a jak nie to kontunuuj tego bloga bo jest świetny.
    Co do samego rozdziału, szkoda mi Marty, ale to było przewidywalne że coś się musi spieprzyć ale było ogromnym zaskoczeniem że właśnie w taki sposób. Mogłabyś napisać coś z poglądu McKagan'a albo doprowadzić do konfrontacji Marty z Duffem. Slasha mi szkoda ale jakoś nie widzę jego związku z Martą, prędzej jakiś romans dziewczyny ze Stradlinem jakby pojechali na wakacje (chore ale jakie ciekawe xd). Joan mogłaby wrócić do Slasha ale mam nadzieję na miłą niespodziankę co do jej osoby bo naprawdę ją lubię :) Ciekawi mnie sytuacja rodzinna McKaganów po rozpadzie małżeństwa Duffa z Martą, po akcji z Kate i Mattem. Miło że ogólnie rozwinęłaś akcje z Jonem.
    Nie mogę doczekać się następnego rozdziału i cieszę się jak dziecko wiedząc że coś tworzysz. Mam nadzieję na jak najszybsze pojawienie się nowego rozdziału, a nawet jeśli nie zaczęłaś pisać to dodaj notkę co u Ciebie.

    P.S. podziękuj swojemu lubemu za namowę do pisania bo przez to stał się bohaterem :DD
    P.S. 2 piszę z anonimowego bo nie mam konta ale od 3 lat czytam Twojego bloga i mam nadzieję że następne lata też będziesz pisać :) (jestem Twoją wierną fanką ^^)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej. :) Właśnie skończyłam czytać wszystkie rozdziały. Kiedyś czytałam Twojego bloga regularnie, później z jakiegoś powodu przerwałam i o nim zapomniałam, ale na szczęście znów wpadł mi w oko i teraz od początku przeczytałam całość. Wciągnęło mnie tak samo jak poprzednio :) Niesamowicie piszesz, budujesz zajebiste napięcie, nie odkrywasz od razu wszystkich kart i dzięki temu chce się czytać więcej i więcej. Mam nadzieję, że nie przerwiesz pisania. Obserwuję Twój fanpage na fb i czekam na kolejne rozdziały ♥ Po przeczytaniu wszystkich jednym cięgiem będzie ciężko z cierpliwością :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy kolejny rozdział? :C

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakieś 3 tygodnie temu natknęłam się na to opowiadanie i tak powoli sobie czytałam na wykładach, wieczorami w domu, gdy nie chciało mi się uczyć i szukała wymówki, żeby tego nie robić... No i się wkręciłam! Właśnie skończyłam ten rozdział i jestem niepocieszona, patrząc na datę jego dodania. Mam nadzieję, że niedługo pojawi się nowość.
    Cieżko jest w jednym komentarzu zawrzeć wszystkie myśli z 50 rozdziałów, więc spróbuję napisać choć trochę. Zacznę od tego, że uwielbiam Twój styl pisania! Twoje opisy są fajnie rozbudowane, a jednocześnie nie wieje w nich nudą. Bardzo podoba mi się też sposób w jaki kreujesz postaci i konsekwencja z jaką to robisz. Spokojnie mogę powiedzieć, że to najlepsze opowiadanie, jakie miałam okazję czytać. Dobry styl łączy się z ciekawą i niebanalną fabułą. Czego chcieć więcej?
    Co do samej fabuły i wydarzeń... Ugh... Od czego byby tu zacząć! Niech będzie na pierwszy ogień mój ulubiony członek Gunsów, a jednocześnie postać, którą mammam ochotę uduśić gołymi rękoma - Duff. Kurcze, jak może być takim debilem i taktak traktować Martę? Przecież ona nawet nie dała mu podstaw... We wcześniejszych rozdziałach potrafił być taki kochany, potrafił się ogarnąć, nie pić tyle i nie brać, a potem to tak pięknie spieprzył... Zdecydowanie nie zasługuje na Martę.
    Właśnie, Marta... Też mnie irytuje. Powinna patrzeć na dobro swoje i Jeffa i rozwieść się z Duffem, a nie... No ale w sumie z drugiej strony, można ją w jakiś sposób zrozumieć, w końcu go kocha. Ona jest dla mnie taką postacią, która wywołuje u mnie mieszane uczucia. Raz mi jej szkoda, a raz mnie tak denerwuje...
    Uwielbia Stradlina, wiesz? Podoba mi się jak stworzyłaś tę postać i uwielbiam sceny z nim. Jest tak niejednolitą postacią, którą targa wiele emocji, że opisy jego psychiki są czymś fantastycznym. Jest mi go strasznie szkoda, bo tak naprawde jest dobrym człowiekiem i zasługuje na szczęście i porządek w życiu.
    Slash, Slash, Slash... Nie wiem! Z jednej strony jest mi tak przykro, że był tak odrzucony przez Martę, że na samym początku o nią nie walczył, że pozwolił Duffowi, by mu ją sprzątnął sprzed nosa... Z drugiej strony jednak irytowało mnie to jak się zachowywał. Miał swoją szansę i jej nie wykorzystał, więc powinien odpuścić. Dobrze, że teraz zrozumiał i się trochę ogarnął.
    Już jak tak opisuję, co sądzę o postaciach, to nie mogę pominąć Stevena. To jak stworzyłaś tę postać, tak mi nie pasuje do mojego wyobrażenia o nim... Ale to dobrze, bo nie robisz tego szablonowo i jest jakieś zaskoczenie.
    Za mało Axla! Zdecydowanie! Uwielbiam go, a tutaj jest go jak na lekarstwo. Fajnie, że ukazujesz go w trochę innym świetle niż większość autorek. Cieszę się, że po trudnych początkach złapał dobry kontakt z Martą. Chociaż przyznam szczerze, że wolę wybuchowego Rose'a, ale to tyczy się wszystkich postaci. Uwielbiam postacie, które są aroganckie, pewne siebie i wręcz brutalne jak Axl na początku. (Takie moje małe... Hmmm... Zboczenie?)
    O raaany, nie wie co mogłabym tu jeszcze dodać. Chyba to, że Twoje opisy są bardzo prawdziwe, jakbyś przeżyła to wszystko co bohaterowie. Dziki temu ja, jako czytelniczka, mogę łatwiej zrozumieć co czują postacie.
    Ogólnie to chyba na tyle, chociaż i tak pewnie zapomniałam o czymś, co chciałam napisać, ale trudno. Mam nadzieję, że niedługo się pojawi coś nowego i że przeczytasz mój komentarz. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nadal czekam na kontynuację... moje ulubione opowiadanie z Gunsami, zżera mnie ciekawość, CO DALEJ? :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytałam Twojego bloga w 2012/2013 roku, kiedy sama blogowałam. Nie było mnie w świecie bloga przez 2 lata i wróciłam, a Twoje opowiadanie sumiennie nadrobiłam i innych koleżanek po fachu :D Dawno nie dodawałaś nic nowego, ale zmobilizuj się do tego, bo chcemy ciąg dalszy!

    Poinformuj mnie o nowym rozdziale, czekam! :)
    http://guns-n-roses.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  12. Halo, laska, żyjesz? Wysłałam Ci maila kiedyśtam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Boże błagam Cię dodaj kolejny rozdział i pogódź Duff'a z Martą. Kocham twoje opowiadanie naprawdę genialnie piszesz i no napisz ten rozdział nie wiem ale zrób coś z nimi dwoma bo kocham tą parę z całego serca i nie moge patrzeć jak Duff twierdzi że Marta go zdradziła ugh. ;___;

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie wiem ale muszę to napisać. Mam złamane serce od czasu kiedy Duff oskarżył Martę o zdradę nie wiadomo czemu. To była najlepsza para w tym opowiadaniu. Błagam Cię napisz parę rozdziałów i skończ chociaż tego bloga napisz zakonczenie żeby wszystko sie wyjaśniło albo cokolwiek bo są ludzie którzy czekają na nowe rodziały miesiącami i naprawde... to opowiadanie łapie za serce i nie pozwala o sobie zapomnieć. Przeczytałam wszystko w 4 dni? I naprawdę chcę jakiegoś wyjaśnienia chcę żeby Duff był znowu dobrym Duffem i żeby ta dziewczyna przestała w koncu cierpieć. :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam, prosimy daj znak zycia :-D czy jeszcze piszesz? Czy tegoroczne REUNION ktorego malo kto sie spodziewal dodalo troszke weny do REUNION opowiadania ? :-D jestem jedna z tych osob ktore co jakis czas zagladaja na te strone z nadzieja za pojawi sie nowy rozdzial, czekamy na jakakolwiek wiadomosc...

    OdpowiedzUsuń
  16. Chyba sie nie doczekamy zakonczenia historii.. A to jedno z najlepszych opowiadan jakie czytałam.. eh Marta i Duff..

    OdpowiedzUsuń