piątek, 25 lutego 2011

02.



Komentarze w liczbie 11...
Trochę długawy rozdział mi wyszedł, ale mam po prostu problemy ze skróceniem go  
Mam nadzieję, że się spodoba
więc… czytajcie i komentujcie!
***


- C-co się dzieje? Gdzie ja, do cholery, jestem? – dziewczyna, która dopiero co się przebudziła, omiotła nieznany jej pokój wzrokiem i zatrzymała się na chłopaku, który spokojnie siedział na krześle i przypatrywał jej się leniwym wzrokiem – Więc to… to nie sen?

- Zdecydowanie nie… - uśmiechnął się i powiedział – nie zdążyłem ci pokazać twojego pokoju, bo zasnęłaś tutaj i nie było sensu cię budzić…

- Tutaj? Spałam tutaj? W twoim pokoju? – zawołała i wyskoczyła z łóżka jak oparzona – A ty?

- Cierpię na bezsenność… próbowałem stworzyć parę nowych kawałków…

Uspokojona Marta, pobiegła szybko do łazienki, żeby założyć swoje przetarte jeansy i zniszczone trampki i została zaprowadzona do kuchni, w której jak można się spodziewać panował artystyczny nieład; w zlewie piętrzyła się sterta talerzy i szklanek, po podłodze walały się zgniecione puszki po piwie i o dziwo po napojach bezalkoholowych i oczywiście wszechobecne pudełka po fast foodach zajmowały większą część stołu.

Izzy jednym ruchem ręki zrzucił je na podłogę i wskazał dziewczynie krzesło. Nalał sobie whisky do szklanki, a dziewczynie podał butelkę wody i zabrał się za robienie tostów – jednej z nielicznych rzeczy, którą w jego mniemaniu dało się zjeść. Zastanawiał się jednocześnie, kiedy któryś z chłopaków wstanie, chociaż szczerze wątpił, żeby to nastąpiło w miarę szybko; koło czwartej w nocy półprzytomny Axl holował urżniętego jak trzy świnie Slasha, a naćpany do granic możliwości Steven, który ledwie trzymał się na nogach, ciągnął za sobą kompletnie niekontaktującego i niewiedzącego, kim jest Duffa. Wiedział, że gdyby poszedł z nimi, byłby w takim samym stanie, ale dziękował niebiosom, za to, że jego matka była w mieście na badaniach w pobliskim szpitalu i chciała się z nim spotkać; tylko dzięki temu przypadkowi spotkał dziewczynę, która w tej chwili siedziała w jego kuchni.

- Izzy? – dobiegł go głos dziewczyny – Czy… mogę o coś prosić? – odczekała, aż da jej znać czy może kontynuować, ale nie zdążyła powiedzieć ani słowa, bo do kuchni wkroczył się wysoki blondyn, który podtrzymywał się framugi drzwi, by zachować pionową pozycję.

- Stary, kurwa… więcej nie piję… Mamy jakieś prochy na kaca? – wyjęczał, nawet nie zauważając dziewczyny siedzącej przy stole i ruszył chwiejnym krokiem do najbliższego krzesła.

Marta, która sięgała akurat ręką po tosta, zastygła w takiej pozycji i z otwartymi ustami wpatrywała się w chłopaka. Widziała ich zdjęcia kilka razy w gazecie, ale nie miała pojęcia, że basista jest tak wysoki! Chociaż może było to wynikiem jej przeraźliwego kompleksu wzrostu, który sprawiał, że dla niej każdy był olbrzymem. Dodatkowo w przeciwieństwie do Stradlina, jego osoba wzbudzała w niej mieszane uczucia – z jednej strony wydawał się sympatycznym człowiekiem, a z drugiej było w nim coś niebezpiecznego i odpychającego, jednak Marta założyła, że było to wynikiem wyraźnego zmęczenia, jakie malowało się na jego skacowanej twarzy…

- Trzymaj – ciemnowłosy rzucił w jego kierunku pudełko z jakimiś tabletkami i postawił przed nim napełnioną wodą szklankę. Rzucił Marcie rozbawione spojrzenie i oparł się o blat.

- Dzię… kurwa! Kim ty jesteś i co robisz w mojej jebanej kuchni? – zwołał zaskoczony Duff, gdy jego wzrok spoczął na dziewczynie i po chwili złapał się za głowę, wydając z siebie cichy syk.

Stradlin chwycił go za ramię i pociągnął w stronę drzwi, mówiąc Marcie, by chwilę zaczekała. Zaprowadził swojego przyjaciela do salonu, posadził go na kanapie i powiedział:

- Ta dziewczyna to Marta… pomieszka z nami jakiś czas, jeśli się zgodzicie – rzucił mu dziwne spojrzenie i dodał – staraj się być miły, dobra?

- Ja… jasne… a skąd się tu wzięła? To jakaś twoja znajoma, czy kurwa kto?

- Uznajmy, że znajoma…od wczoraj … Jest w ciężkiej sytuacji, uciekła z domu i chcę jej pomóc ok? – zapytał i po namyśle dodał – nie musisz się chwalić tym, co ci powiedziałem… po prostu uznaj ją za moją znajomą…

- Dobra, dobra – powiedział słabym głosem Duff i z trudem podniósł się na nogi – tajemnica to tajemnica… a czy ona w ogóle, kurwa, wie, kim jesteśmy? – zapytał i po krótkich wyjaśnieniach, powlekł się z powrotem do kuchni nie zauważając, że Izzy skierował się w zupełnie innym kierunku.

Marta siedziała w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawili, toteż chłopak podszedł do niej i się przedstawił.

- No… Duff jestem… ale to już wiesz – powiedział i z trudem skłonił się lekko, po czym zajął swoje wcześniejsze miejsce – Izzy powiedział, że pomieszkasz jakiś czas z nami… nie mam nic przeciwko – uśmiechnął się słabo i wycisnął na rękę dwie tabletki, które wcześniej rzucił mu jego przyjaciel i szybko je połknął odchylając gwałtownie głowę do tyłu, co jak wiadomo spowodowało kolejną falę niemiłosiernego bólu. – Marta, tak?

Dziewczyna kiwnęła głową i wstała podchodząc do miejsca, które wcześniej zajmował Izzy.

- Na pewno nie będzie ci to przeszkadzać? – zapytała onieśmielona jego osobą i po chwili ponownie usiadła za stołem.

Czuła na sobie jego spojrzenie, wiedziała, że lustrował ją wzrokiem z góry do dołu i z powrotem i wcale nie czuła się z tego powodu komfortowo; jego przenikliwe orzechowe oczy zachowywały się jak rentgen – nie wiedziała tylko, czy przeszywał ją na wylot czy skupiał się na wyobrażeniu tego, co ma pod ubraniem.

- Spoko… wydajesz się sympatyczna – widząc, że jej skóra na twarzy przybiera kolor dojrzałej wiśni, zaśmiał się wesoło – Rumienisz się? Kurwa… to teraz takie rzadkie… - zamyślił się i podążył za nią wzrokiem, gdy skierowała się w stronę okna.

- Zawszę tak reaguję, gdy ktoś gada takie głupoty – odpowiedziała i usiadła na parapecie, zakładając nogę na nogę.

-Głupoty, powiadasz? – powiedział bardziej do jej nóg niż do niej i dodał – chyba nie masz zbyt wysokiej jebanej samooceny? – widząc, jak ponownie się rumieni, uznał, ze to odpowiedź – Więc trzeba będzie nad tym popracować…

Niewątpliwie ta dziewczyna miała coś w sobie, co sprawiało, że ciężko było mu odwrócić wzrok. Była zgrabna, ładna, na pustą nie wyglądała no i przede wszystkim była zajebiście niska – a Duff kochał drobne i niewysokie dziewczyny. Fakt, że w swoim życiu nie przywiązywał zbytniej wagi do wyglądu i charakteru kobiet, bo były mu potrzebne tylko do zaspokojenia pragnień, a nie do wiązania się z nimi, jednak lubił podziwiać i lubił cholernie obserwować piękne panie, szczególnie jeśli należały do grupy, które otwierały usta, by coś powiedzieć, a nie po to by robić każdemu napotkanemu frajerowi loda.

- Mógłbyś przestać udawać, że interesuje cię nadruk na mojej koszulce? – zniecierpliwiona Marta zauważyła, że wzrok McKagana spoczął na czole Keitha Richardsa, którego wizerunek miała na t-shircie.

- Kurwa co? – zapytał zaskoczony i widząc jak krzyżuje ręce na piersi, uśmiechnął się – Kochana, typowy męski odruch… w patrzeniu na ładne kobiety, nie ma nic złego i niestosownego…

- Swojej przyszłej żonie też tak powiesz, jak będzie zazdrosna? – zapytała z przekąsem.

- Skąd wiesz, że znajdę kogoś, kto pokocha mnie a nie moją jebaną popularność? Ale… Jeśli będzie miała dostatecznie piękne wnętrze i będzie śliczna, to nie będę musiał podziwiać innych kobiet – odpowiedział szczerze, wstając i bez problemu sięgając na leżące na lodówce Marlboro – możesz otworzyć okno? – zapytał i odpalił pierwszego papierosa.

Stał na środku kuchni ubrany tylko w ciemne krótkie spodenki i raz po raz zaciągał się, obserwując, jak dziewczyna podkurcza nogi pod brodę, nie mogąc znieść dłużej jego natarczywego wzroku. Oczywiście nie wiedział, co sprawia, że Marta trochę dziwnie się zachowuje i przez chwilę w jego głowie pojawiła się myśl, że Stradlin nie powiedział mu wszystkiego. Nie miał pomysłu, co powinien zrobić, ani co powiedzieć, więc usiadł na parapecie, patrząc prosto na nią i przekładając prawą nogę tak, że znalazła się na dworze.

- Coś się stało?

- N-nie lubię, jak ktoś się tak na mnie patrzy – szepnęła, obejmując ramionami kolana i zaczęła się lekko kołysać, jakby miała chorobę sierocą.

Nie miała pojęcia, co McKagan dowiedział się o niej od Izzy’ego, nie wiedziała, czy może mu zaufać tak jak czarnowłosemu chłopakowi i do tego wszystkiego nie potrafiła rozszyfrować jego dziwnego wzroku. Czego do cholery chcesz, McKagan?! Już mnie rozbierasz wzrokiem czy tylko próbujesz czytać mi w myślach?

- Czyli nie w porządku – zamyślił się Duff, patrząc na ulicę, którą widział z okna i nagle go oświeciło – zazwyczaj, kurwa, nie zadaję takich pytań… ale… - urwał, nie wiedząc, jak skończyć – Pierdole… po prostu mogę, o coś zapytać? – poczekał na potwierdzenie i w końcu przedstawił teorię, która zaświtała mu w głowie i która jak mu się początkowo wydawało, była wytworem jego chorej, naładowanej heroiną i alkoholem wyobraźni – czemu zachowujesz się kurwa jak… jakby ktoś zrobić ci eee… krzywdę? – jego bystre spojrzenie zarejestrowało, że Marta jeszcze bardziej skuliła się w sobie i że w jej oczach pojawił się strach. Wypuścił głośno powietrze i odpalił kolejnego papierosa – kurwa… powiedz, do chuja, że to nieprawda! – zawołał, a widząc łzy w jej oczach, odwrócił wzrok i powiedział do siebie – dopadłbym skurwiela… urwał jaja i kurwa obdarł ze skóry… - zamilkł i popatrzył na dziewczynę, która starała się drżącymi rękami, wytrzeć oczy – Izzy mówił, że uciekłaś z domu… to był powód?

Lekko kiwnęła głową i starała się uspokoić. Powiedziała sobie, że nie będzie się rozklejać przy kolejnym facecie i wpędzać go w niekomfortową sytuację. Doskonale wiedziała, że faceci nie lubili płaczu… ba, można nawet powiedzieć, że się go bali, bo tak naprawdę nie wiedzieli, co z taką płaczącą osobą zrobić… A ona znowu beczała!

- N-nie mogłam tam zostać… moja mama oszalała jak jej powiedziałam, że zaszłam w ciążę…

- W co, kurwa?! – przerwał jej, nie zważając na swój zbyt ostry ton. Z ręki wypadł mu niedopalony papieros, który wylądował na nogawce jego spodni, wypalając na nich dziurę – Jesteś… - urwał i jeszcze raz obrzucił wzrokiem jej postać – nie… kurwa… jesteś na to za chuda…- kolejna pauza - byłaś w ciąży? – kiwnęła tylko głową – a co…

- Co się stało z dzieckiem? Poroniłam… niecałe dwa tygodnie temu.. – powiedziała, ocierając łzy – możemy o tym nie rozmawiać teraz?

Chłopak szybko zreflektował się i od razu niezdarnie przeprosił. Sięgnął po butelkę wódki, która leżała w pobliżu i pociągnął duży łyk. Na chwilę zapadła niezręczna cisza, podczas której McKagan zastanawiał się, czy nie powinien jakoś tej dziewczyny pocieszyć, albo podnieść na duchu. Gwałt! Nie wiedział, jakim trzeba być dupkiem, żeby zrobić coś takiego kobiecie… Nie chciał nawet wiedzieć, jak czuje się zgwałcona kobieta, co myśli zgwałcona kobieta i jak bardzo zapada jej w pamięć ten koszmar. I choć sam miał mnóstwo kobiet, nigdy w życiu nie użył przeciwko nim siły i nigdy do niczego ich nie zmuszał… oczywiście wiedział doskonale, że nawet gdyby chciał użyć „odpowiednich argumentów” to najnormalniej w świecie nie musiałby, bo setki głupiutkich dziewczyn rozkładało przed nim nogi, zanim jeszcze zdążył się odezwać. Fakt, że często wykorzystywali kobiety, ale tu chodziło o zwykłe porzucenie, przygodę na jedną noc, „złamanie serca” jakiejś napalonej na nich fance, a nie jakąś pieprzoną przemoc fizyczną, która na zawsze pozostawia ślad w psychice! Nie raz widząc, jak Axl zachowuje się w stosunku do kobiet, miał ochotę trzepnąć do w głowę, ale… no właśnie jakie „ale”? Ale Axl nie posuwał się do takiego czegoś? Ale te dziewczyny same pchały się mu do łóżka? Ale to nie była przemoc tylko ostry seks, w którym tak się lubował? Każde tłumaczenie jest dobre, by usprawiedliwić gwałtowny charakter przyjaciela… a jednak czy on trochę nie przeginał? Kurwa… nie myśl o tym teraz palancie!, skarcił siebie w myślach i przez chwilę rozważał, czy nie położyć Marcie dłoni na ramieniu, żeby dodać jej otuchy. W połowie drogi jednak zrezygnował, bojąc się jej reakcji.

- To… hmmm… jakiej muzyki słuchasz? – inny temat po prostu nie przychodził mu do głowy, a muzyka była dla niego czymś, w czym po prostu czuł się dobrze. – Prócz nas jak się domyślam…

- The Damned, Ozzy’ego Osbourne’a, czasem The Doors, Aerosmith… Rolling Stones’ów – wyliczała i uśmiechnęła się do swojej koszulki – nic, czego można by się spodziewać po takiej dziewczynie – zaśmiała się, przypominając sobie wczorajsze zdziwienie Stradlina – ponoć nie wyglądam na kogoś, kto lubi Rock i Punk…

- No tak, tak… wyglądasz na zbyt delikatną na taką muzykę – Duff przymknął oczy, wciągając dym z czwartego papierosa do płuc – Grasz może na jakimś instrumencie? Gitarze? Szkoda… coś zajebiście pięknego… czujesz jak pod palcami przepływa ci muzyka… wyłapujesz każde nawet najdrobniejsze drgania strun… po prostu znajdujesz się w innym pieprzonym świecie… w świecie, w którym masz kontrolę nad wszystkim, w świecie, w którym ty decydujesz, co za chwilę się stanie…nieważne, kurwa – urwał wywód i dodał – za chwilę poznasz Axla…

Ledwie to powiedział, a drzwi otworzyły się i staną w nich Rose ubrany w skórzane, czarne spodnie i naciągnięty T-shirt. Obrzucił wzrokiem pomieszczenie, a na widok Duffa siedzącego z Martą na parapecie, uśmiechnął się kpiąco i podszedł do nich.

- Stradlin nie mówił, że ma tak piękną koleżankę… gdybym wiedział, przyszedłbym wcześniej – ton jego głosu był tak odmienny od ciepłego brzmienia Izzy’ego i Duffa – no ślicznotko… nie przedstawisz się? Czyżbym cię tak onieśmielał?

Podobnie jak McKagan zlustrował ją wzrokiem, jednak on zachowywał się tak jakby ubrania, które miała na sobie, nie istniały, jakby stała przed nim kompletnie naga kobieta. Marta zdawała sobie sprawę z tego, że rudzielec zapewne myśli o tym, co mógłby z nią robić, gdyby zostali sami i przerażające wizje zaczęły przelatywać jej przez głowę…

- Odpuść sobie, Axl – odezwał się Duff, który widział, co działo się z dziewczyną i nie mógł tego znieść.

- Przeszkadzasz nam – zabrzmiało to tak dwuznacznie, że aż blondyn zamknął oczy, żeby na chwilę się uspokoić. – Kochanie, może się gdzieś przejdziemy? Porozmawiamy… lepiej się poznamy?

Duff widząc, jak Marcie trzęsą się ręce, wstał i wyprowadził ją z kuchni, mówiąc Axlowi, że idą do Slasha i żeby się odpieprzył od niej. Po chwili prowadził ją po schodach na piętro, nie zatrzymując się nawet na chwilę.

- To boli… - szepnęła dziewczyna i spojrzała błagalnym wzrokiem na Duffa.

- Och… wybacz! Po prostu jak się kurwa na niego patrzę… - odetchnął głęboko i kontynuował – ciul gapił się tak, jakby samym wzrokiem chciał cię rozebrać! Jakby… jakby chciał cię przelecieć na tym jebanym parapecie!– zawołał wzburzony.

- Też się patrzyłeś na mnie – przypomniała mu – czym się od niego różnisz? Obaj gapiliście się na mnie jakbyście nie widzieli od miesiąca żadnej kobiety!

- Nigdy… więcej… nie… porównuj… mnie z… Axlem! – słowa Marty podziałały na basistę, jak płachta na byka i wyrzucał z siebie pojedyncze słowa, robiąc po każdym słowie krótką pauzę – Rozumiesz, kurwa? – złapał ją za ramiona i przygwoździł do ściany – Nie jestem takim pojebem! – warknął i uderzył pięścią w ścianę tuż obok jej głowy– Patrzenie, kurwa, to zwykłe podziwianie i tyle, a kurwa prawie gwałcenie wzrokiem to co innego!

Nie zauważył, lekkiego drgania dolnej wargi dziewczyny - pierwszej oznaki zbliżającego się wybuchu płaczu… po chwili całe jej ciało drżało ze strachu. Stała z rozsierdzonym facetem w pustym korytarzu i nie miała, dokąd uciec. Nie dość, że był o około trzydzieści centymetrów wyższy, to jeszcze żelazny uścisk jego dłoni nie pozwalał jej nawet na najdrobniejszy ruch.

- O kurwa… - jęknął i szybko puścił dziewczynę, która osunęła się po ścianie na podłogę i zaczęła cicho szlochać. – Jezu… przepraszam, trochę mnie poniosło… ja… po prostu nie jestem taki pojebany jak Rose… nie jestem – Duff nie wiedział czy bardziej chciał przekonać siebie czy szlochającą Martę – No nie płacz – przyklęknął przy niej i niepewnie dotknął jej dłoni – błagam… ja naprawdę nie chciałem, żeby… Marta?

- Też przepraszam… czasem panikuję i… i przypominam sobie to wszystko… - powiedziała słabym głosem i wierzchem dłoni otarła łzy, które na szczęście przestały płynąć – i… nie jesteś taki jak on… przepraszam, nie pomyślałam, co mówię.

- Dziewczyno, dziewczyno… nie musisz przepraszać – wstał szybko i pomógł jej się podnieść i w ramach zadośćuczynienia krótko ją przytulił – no… a teraz rozchmurz się, bo idziemy poznać cię ze Slashem – czuł drżenie jej ciała, gdy ją objął i zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio.

Zaprowadził ją do dość dużej sypialni, której większa część była zajęta przez gitary. Marta rozpoznała swojego ukochanego Gibsona Les Paula Standard, B.C.Rich’a i Travis Bean’a. Ściany pokryte były przeróżnymi plakatami, większość z nich przedstawiała ulubione zespoły Slasha, jednak dziewczyna dostrzegła też kilka postaci nagich kobiet.

- Największy skarb Slasha – powiedział Duff, podążając za wzrokiem Marty i zatrzymując się na jednym z instrumentów. Z zadowoleniem zauważył, że była już dużo spokojniejsza niż kilka chwil temu – kocha ją bardziej niż jakąkolwiek kobietę… I teraz patrz uważnie – zaśmiał się i podszedł do łóżka – Ej! Ktoś chce ci zajebać Les Paula! – wrzasnął mu nad uchem.

Saul Hudson wyskoczył z spod kołdry jakby się paliło i rozejrzał się dziko po pokoju, pytając, co się stało.

- Nic, nic… chciałem ci przedstawić Martę – skinął głową na dziewczynę, która spuściła wzrok, by ukryć zmieszanie faktem, że stoi przed najlepszym gitarzysta świata – Koleżankę Izzy’ego, która zamieszka z nami jakiś czas.

Lekko rozkojarzony kudłaty chłopak spojrzał na dziewczynę i niepewnie się uśmiechnął. Zamienił z nią kilka słów poszedł do łazienki. Natomiast McKagan spokojnie przypatrywał się brunetce, która wpatrywała się w drzwi, w których przed chwilą zniknął Slash.

- Zawsze jest taki… nieśmiały? – zapytała po chwili milczenia.

- Nie… - zaśmiał się i wyszli z pokoju – zresztą wkrótce się o tym przekonasz. Wystarczy odpowiednia ilość naszego przyjaciela Danielsa. Wiesz co? – widząc pytające spojrzenie powiedział – nie sądzisz, że powinniśmy kupić ci jakieś ciuchy? Nie możesz wiecznie łazić w najlepszym T-shircie Stradlina…

- Zapomniałeś chyba, że nie mam pieniędzy – powiedziała, od razu tracąc humor.

- Pamiętam, ale tak się składa, że ja mam ich zajebiście dużo – zniecierpliwiony przewrócił oczami i dodał – mamusia nauczyła mnie, że należy się dzielić tym, co się ma… I poznasz moją ukochaną siostrzyczkę… nie widziałem jej od miesięcy! – zawołał z uśmiechem.



W tym samym czasie w kuchni Axl siedział przy stole i relacjonował skacowanemu Stevenowi, co wydarzyło się zanim wstał.

- Stary, mówię ci, kurwa, gorąca cizia! Żebyś ją widział… Izzy przyprowadził ją wczoraj wieczorem… ja pierdole, jak Stradlin mógł być taką ciotą i jej nie wyobracać na wszystkie strony?!

- Może mu się nie podoba – powiedział bez entuzjazmu Adler, popijając wódkę, którą zostawił wcześniej Duff.

- A jakie to ma, kurwa, znaczenie? Ma cycki na swoim miejscu i cipę, czyli pierdolić się można! Tylko kurwa, Duff się do niej chyba przyjebał… ale pewnie go nie będzie suczka chciała… a nawet jeśli… chuj z tym! Komu by to przeszkadzało?

Steven spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i prychnął. Od samego początku tej „fascynującej” opowieści Axla, w Popcornie gotowało się z nerwów. Skoro to była jakaś tam pieprzona znajoma Izzy’ego, to niech tak zostanie. Jeśli to tylko znajoma, to niech się nią zajmie Duff, skoro jest zainteresowany. Co go to kurwa obchodziło? Mieli niepisaną umowę, żeby nie ruszać dziewczyn przyjaciół, a Axl, kurwa wszystko olewał! Pieprzyłby wszystko, co ma odpowiednio duże cycki i rozkłada nogi na sam jego widok!

- Tak, kurwa… w tym jesteś najlepszy, nie? – zapytał z nerwami, a Rose spojrzał na niego pytająco – Daje ci to większą satysfakcję jak bzykniesz jakąś, kurwa mać, zajętą dziewczynę? Lepiej się posuwa, ze świadomością, że to laska twojego przyjaciela? Szybciej ci, kurwa, staje? – warknął i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak wkurzony. Wszystko się w nim trzęsło z nerwów. Co chwila powracał mu przed oczy obraz Adriany Smith, jego byłej dziewczyny, która dawała dupy Axlowi, i która pieprzyła się z tym idiotą w studiu nagraniowym podczas sesji z Rocket Queen! Nie był w stanie wybaczyć tego przyjacielowi; fakt, że udawał, że wszystko jest ok, ale w środku czuł jak płonie, czuł jak jego serce wściekle bije i przede wszystkim czuł się poniżony, jak jeszcze nigdy w życiu. Może i nie był wzorem wiernego i zajebistego faceta, ale zależało mu na Adrianie i nie mógł zrozumieć jak ta kurwa mogła rzucić się Rose’owi w ramiona i jak kurwa ten ciul mógł ją bez jakiegokolwiek skrępowania posuwać za plecami Adlera?!

- Co, kurwa?! Jak leziesz?! – w zamyśleniu i nerwach nawet nie zauważył, że na schodach ktoś stoi i z impetem wpadł na drobną dziewczynę, która zwaliła się na stopnie, boleśnie tłukąc sobie plecy – Sorry, kurwa – zawołał, przez chwilę nie wiedząc, kim ona jest – ty jesteś tą laską od Izzy’ego?

- Jest naszą znajomą – odezwał się Duff, który stał na szczycie schodów i szybko zszedł do Marty, by pomóc jej wstać – Marta, to jest właśnie Steven – powiedział spokojnie do dziewczyny, która w oszołomieniu nie była w stanie wydusić z siebie słowa. – W porządku, Popcorn? – widząc wzrok McKagana, brunetka powoli zeszła ze schodów i udała się do salonu – co jest, kurwa? – zapytał cicho wzburzonego chłopaka, gdy miał pewność, że Marta jest wystarczająco daleko.

- Nic! Tylko uważajcie na tę cizię… - warknął i chciał odejść, ale dłoń Duffa zakleszczyła się na jego ramieniu.

- Co ty do mnie pierdolisz?!

- Wpadła Axlowi w oko, więc tylko uprzedzam – powiedział trochę spokojniej i dodał – Kurwa, na co się gapisz? Mówię, co od niego słyszałem!

- Dobra, spokojnie… dzięki, Stary – puścił go i klepnął w plecy, dodając – ja też to kurwa wyczaiłem… - powiedziawszy to, skierował się prosto do swojego pokoju i szybko nałożył na siebie czarne spodnie, kowbojki i koszulkę z logiem Ramones i pobiegł do salonu, gdzie zastał siedzącą na kanapie Martę.

Po chwili mijali kolejne ulice zmierzając do bardziej zabudowanego terenu. Widząc, że dziewczyna ma na sobie tylko t-shirt, zarzucił jej na ramiona swoją skórzaną kurtkę, w której Marta oczywiście „pływała”, jednak nie miało to żadnego znaczenia, przynajmniej nie trzęsła się z zimna przy każdym drobnym powiewie wiatru. McKagan robił wszystko, by uniknąć jakiś konfrontacji z fanami; jednak kilka razy zaczepiło ich parę osób, którym Duff cierpliwie podpisywał podsuwane świstki papieru. Kilkanaście minut i pięć autografów później chłopak wprowadził ją do dość dużego sklepu z ubraniami.

- Joan, jesteś tu gdzieś? – zawołał głośno, tak by było go słychać nawet na końcu sklepu.

- Duffy? – z zaplecza wyszła niewysoka kobieta, mogąca mieć najwyżej trzydzieści lat – ach, co sprowadza gwiazdę rocka w moje skromne progi? – po chwili chłopak trzymał ją w ramionach, unosząc wysoko nad podłogę.

- Ciuchy, koteczku, ciuchy – postawił ją na ziemi i odwrócił się do Marty, która w ciszy obserwowała czułe powitanie rodzeństwa – To nasza… nasza znajoma… potrzebuje ubrań…

- To znaczy? – zapytała, nie bardzo wiedząc, co jej brat ma na myśli, mówiąc „ubrania”.

- No… wszystko! Jakieś pieprzone bluzki, spodnie… kurtkę… i w ogóle.

- Dobrze, dobrze… - westchnęła i dodała – a co ty zamierzasz tak tu stać? Wynocha! Wróć za półtora godziny, będziemy gotowe – mrugnęła do Marty i wypchała McKagana ze sklepu – To zaczniemy od spodni, co?

Po chwili Joan podawała dziewczynie najróżniejsze ubrania, które Marta chcąc nie chcąc, musiała przymierzać. Po kilkunastu parach spodni siostra najniebezpieczniejszego basisty świata, jęknęła:

- Kochana, musisz trochę przytyć! Nie mam mniejszych rozmiarów… - właśnie odłożyła parę w rozmiarze 2 [Polskie 34, jak mniemam – przyp.aut.], które były troszkę za duże na wychudzoną brunetkę – a tak właściwie, to jak ich poznałaś? Bo wiesz… miałam okazję poznać kilka tych ich znajomych, a przecież ty nie wyglądasz na taką i chyba nie jesteś jedną z nich, prawda?

- Izzy przez przypadek spotkał mnie na ulicy i jak dowiedział się, że nie mam gdzie mieszkać, zaproponował pomoc – powiedziała przymierzając koszulkę z Tweety’m na przedzie.

- Stradlin? – zapytała zdumiona – Mówimy na pewno o tym samym facecie? – zauważyła, że Marta nie wie, o co jej chodzi i szybko wyjaśniła – miałam okazję ich poznać, nawet mieszkałam kilka tygodni u nich i… szczerze mówiąc, żadnego z nich… no może prócz Slasha i po części Duffa, nie podejrzewałabym o jakąś empatię. No ale może się zmienili…

Rozmawiały jeszcze jakiś czas i nawet nie spostrzegły jak pojawił się ponownie Duff, który był dziwnie rozkojarzony i pobudzony. Zapytał cicho Martę, czy mogłaby poczekać na niego na zewnątrz, bo chciałby zamienić jeszcze kilka słów z siostrą. Dziewczyna pożegnała się z Joan i opuściła sklep, przypatrując się im ukradkiem przez witrynę sklepową.

Po chwili widziała jak panna McKagan zamachnęła się i uderzyła z całej siły Duffa w twarz. Marta otworzyła usta, patrząc na tą dziwną scenę i nie wiedziała, czy powinna wejść i ewentualnie zareagować, czy udawać, że tego nie widziała. Nie wiedziała, o czym rozmawiali, widziała tylko, jak blondyn żywo gestykuluje i próbuje coś wytłumaczyć siostrze. Jednak ta tylko kręciła głową i zaczęła piskliwie wrzeszczeć, czego nie dało się już nie słyszeć. Do uszu Marty dobiegły następujące słowa: „Pieprzony chuju! Obiecałeś z tym skończyć!”, nie wiedziała, co konkretnie oznaczają, ale po każdym wyrazie Joan uderzała zaciśniętymi pięściami pierś chłopaka, który bez żadnego wysiłku unieruchomił jej ręce i przycisnął ją do siebie. Po chwili ustąpiła i wtulając się w niego, zaczęła szlochać. McKagan głaskał ją lekko po głowie i nagle jego wzrok padł na ulicę i na Martę, stojącą i patrzącą prosto na nich. Powiedział coś do siostry, dwoma szybkimi ruchami wytarł łzy z jej policzków, pocałował w czoło i biorąc kilka papierowych toreb z zapakowanymi ubraniami, opuścił sklep.

- Wszystko dobrze? – zapytała niepewnie Marta.

- Taa… wybacz, Joan czasem na bardzo wszystkim się przejmuje – powiedział głosem jakby wypranym z uczuć i ruszył chwiejnym krokiem przed siebie – i do tego myśli, że jest moją matką… - dodał, gdy dziewczyna w końcu ruszyła się z miejsca i dogoniła go.

- Mogę o coś zapytać? – kilkunastu minutach milczenia Marta zabrała głos – Czy wy w ogóle umiecie gotować? Czy jecie tylko pizzę? – jako, że Duff zaczął żartować i w końcu wygadał się, że nie gotują prawie wcale, zaciągnęła go do sklepu, by kupić, coś z czego mogłaby ugotować jakiś szybki obiad.

- Na pewno wszystko w porządku? Dziwnie się zachowujesz… - nie dawało jej spokoju, czemu McKagan ma taki nieobecny wzrok, zwężone źrenice i przede wszystkim dlaczego ma tak dziwnie się porusza, jak gdyby „spacerował w chmurach”.

- Zajebiście! – wykrzyknął i przeskoczył przez ogrodzenie do ich domu, by odtworzyć od wewnątrz furtkę. – Śpisz na piętrze czy na dole? Bo nie wiem, gdzie to kurwa zanieść – podniósł do góry torby i nie czekając na odpowiedź, popędził po schodach do góry.

Zdziwiona dziewczyna podreptała do kuchni, odłożyła reklamówki z zakupami i rozejrzała się po pomieszczeniu. Sterta brudnych naczyń dalej tkwiła w zlewie, toteż szybko zajęła się nią, podobnie jak stosem pogniecionych puszek po piwie i po chwili mogła w trochę lepszych warunkach zacząć przygotowywanie naleśników. Nie uważała, że umie jakoś świetnie gotować, ale w domu zawsze sobie radziła, gdy matka miała gdzieś to, czy jej córka zje coś ciepłego na obiad czy zrobi sobie zwykłe kanapki.

- O ja pierdolę! – po kilkunastu minutach do kuchni wszedł Slash z paczką Marlboro i butelką Jack’a Danielsa w rękach – chciało ci się sprzątać ten burdel? – zapytał widząc względny porządek, którego nie było tu praktycznie nigdy.

- Nie zajęło mi to dużo czasu – uśmiechnęła się do chłopaka, który usiadł na blacie przy zlewie – lubicie naleśniki?

- Jasne! – zawołał z rozmarzonym wzrokiem i widząc, że dziewczyna szykuje dla nich posiłek, dodał – kurwa… Izzy sprowadził nam jakiegoś jebanego anioła czy jak? Nikt nam jeszcze nigdy nie gotował! – zaśmiał się i zapalił papierosa.

Marta słysząc coś, co miało brzmieć jak komplement, odwróciła się i próbowała ukryć przed chłopakiem policzki. Tak bardzo nienawidziła się rumienić! Zupełnie nad tym nie panowała, co wpędzało ją w jeszcze większe zakłopotanie niż sam powód rumieńców.

- Długo z nami zostaniesz? – zapytał, pociągając spory łyk whisky prosto z butelki.

- A już masz mnie dość? – dziewczyna zupełnie inaczej odebrała to pytanie i z zakłopotaniem i strachem spojrzała na Saula.

- Ani trochę! – krzyknął radośnie i dodał – Jak masz zamiar codziennie gotować, to mogę nawet, kurwa, błagać na kolanach, żebyś została… mam dość tej jebanej pizzy i innych świństw – zaśmiał się i zauważył, że Marta się czerwieni – powiedziałem coś kurwa nie tak?

- Nie, nie… - powiedziała i w myślach skarciła się, że znów robi z siebie idiotkę – Mogę zadać ci pytanie? – widząc, jak leniwie kiwa głową, kontynuowała – Byłam z Duffem u jego siostry i wszystko było w porządku i zostałyśmy na jakiś czas z Joan same i… gdy Duff wrócił, pokłócił się o coś z siostrą i ona krzyczała, że on jej coś obiecał i że zaś ją oszukuje… wiesz, o co chodzi? – przerwała na ułamek sekundy i dodała na koniec – Dziwnie się zachowywał jak do nas dołączył i jak wracaliśmy tutaj…

- Urocza kobieta, nie sądzisz? – westchnął i zapalił kolejną fajkę – Pewnie chodziło jej o dragi…  - spojrzał na nią uważnie i widząc jej nierozumną minę, wyjaśnił – obiecywał jej kilka razy, że rzuci to gówno w cholerę, ale mu nie wychodzi. A śliczna Joan za bardzo go kocha, żeby patrzeć jak psuje sobie życie… ach… żeby ktoś się tak, kurwa, o mnie martwił – zamyślił się i upił kolejny potężny łyk alkoholu – chuj z tym! Powiesz coś, Kochana, o sobie?

Po chwili rozmawiali na przeróżne tematy od książek zaczynając, przez muzykę i propozycję Slasha, że nauczy ją grać na gitarze, skończywszy na marzeniach. Dziewczyna była zaskoczona, że człowiek, który powszechnie uważany był za idiotę, któremu alkohol wypalił wszystkie szare komórki jest tak inteligentnym i wygadanym facetem. Ach te gazety… piszą takie głupoty i ludzie im wierzą na słowo! Może i nie są zbyt wychowani i „grzeczni” ale nie są też wandalami o ograniczonej inteligencji! Zauważyła także, że McKagan miał rację, co do nieśmiałości gitarzysty – im więcej pił tym bardziej otwarcie i swobodnie rozmawiał i coraz mniej przypomniał chłopaka, którego poznała rano. Jednak było w tym coś ujmującego – w normalnych „trzeźwych” warunkach nie dowiedziałaby się tylu rzeczy o Slashu, które usłyszała w ciągu tych kilkudziesięciu minut. Zastanawiała się jak można pić w takich ilościach i praktycznie wchłaniać bez żadnych konsekwencji taką dawkę procentów! Pełna butelka, którą ze sobą przyniósł, była prawie cała pusta, a nie minęła jeszcze godzina!

- Poznałaś już wszystkich? – zadał pytanie kompletnie nie związane z tematem, o którym właśnie rozmawiali. – Bardzo jesteśmy straszni? – Marta zupełnie nie wiedziała, o co mu chodzi – no… kurwa… nie mów, że nie wiesz, co o nas mówią… te wszystkie śmieszne wymysły o nawiedzonym Rose’ie szlachtującym psy i składającym z nich ofiarę… o Duffie i Izzym, którzy czyhają na biedne dziewice, które bez zgody mamusi wymykają się na nasze koncerty… - zaśmiał się – ja ponoć nie mam mózgu… takie tam pierdoły – posłał w jej kierunku uśmiech i odgarnął włosy, które całkiem zasłoniły mu jego czekoladowe oczy.

- Myślę, że dziennikarze mają dużą wyobraźnię – odwzajemniła uśmiech – Mógłbyś powiedzieć chłopakom, że zrobiłam obiad i zapytać czy zejdą zjeść?

- Jasne, jasne – zsunął się z blatu i pewnym krokiem wyszedł z kuchni, krzycząc na swój zespół, by zszedł do kuchni.

W tym czasie Marta szybko położyła wielki talerz pełen naleśników na stół i rozłożyła talerzyki. Przyznała nawet sama przed sobą, że nie wyszło jej to tak tragicznie jak zakładała i dało się zjeść. Usiadła na krześle i czekała, aż zespół pojawi się w kuchni. Pierwszy stawił się Izzy, wytrzeszczając oczy na jedzenie.

- To dla nas? – zapytał zaskoczony, siadając koło niej. – przecież nie musisz… nie jesteś naszą pierdoloną służącą!

- Ale chcę! Chociaż tak się mogę odwdzięczyć… - uśmiechnęła się i nie dokończyła tego, co chciała powiedzieć, bo do pomieszczenia dosłownie wtoczył się Duff.

Marta wytrzeszczyła na niego oczy i uważnie obserwowała, jak starał się obejść stół i usiąść po jej prawej stronie. Jeszcze jak wracali do domu był w miarę normalnym stanie, chociaż był dziwnie pobudzony, ale teraz ledwie trzymał się na nogach. Spojrzała pytająco na Izzy’ego, który tylko wzruszył ramionami i bezgłośnie powiedział „wódka”. Sam nie wyglądał dobrze, ale przynajmniej nie miał problemów z koordynacją i nie wyglądał, jakby za chwilę miał paść trupem. Źrenice Duffa wciąż były przerażająco małe i jego wzrok był zamglony. Pobudzenie, które miało miejsce niecałe dwie godziny temu, zostało zastąpione przez totalne otępienie, spotęgowane przez, jak podejrzewała, sporą ilość alkoholu.

Teraz już rozumiała, o co chodziło Joan – ten chłopak sam sobie szkodził, wyniszczał swój organizm przeróżnymi używkami i siostra patrzyła na to bezradnie, nie mogąc nic zrobić, by mu pomóc. Marta, która przecież dopiero co go poznała, także zaczęła się martwić. Wiedziała, że w świecie rock n’rolla dragi i alkohol były na porządku dziennym, ale póki nie spotkała się z tym twarzą w twarz jakoś się nie przejmowała, że ludzie tak komplikują sobie życie. A teraz siedziała koło żywego przykładu na to, co te świństwa robią z człowiekiem. Bała się tego… bała się tego, co może nastąpić, jeśli McKagan nie przystopuje; bała się tego, jak Duff może się zachowywać po, jak jej się wydawało, heroinie; bała się, że narkotyki zniszczą życie naprawdę sympatycznemu chłopakowi; no i bała się tych ilości alkoholu, jakie wlewali w siebie bez mrugnięcia okiem… ciągle miała przed oczami obraz pijanego ojca, ciągle czuła na policzkach to pieczenie po uderzeniach w twarz, ciągle czuła pulsujący ból na przedramionach, gdy nią szarpał, bo była jego zdaniem nieposłuszna…

- A Axl? – wyrwał Martę z zamyślenia głos Izzy’ego, który jako jedyny zainteresował się brakiem Rose’a przy stole.

- Siedzi u siebie – odpowiedział spokojnie Slash, pakując sobie do ust kolejnego naleśnika - powiedział, żebyśmy się pierdolili razem z tą ku… - urwał, czując na sobie zabójczy wzrok Stradlina – eee… to znaczy… nie obchodzi go, czy ktoś zrobił obiad czy nie – spojrzał na Martę z nadzieją, że nie wyłapała, co przez przypadek chciał powiedzieć.

Jednak dziewczyna doskonale wiedziała, co kudłaty gitarzysta chciał im przekazać. Nie wiedziała tylko, czy chciał dosłownie zacytować wokalistę Guns n’Roses, czy naprawdę miał o niej takie zdanie. Po prostu nie potrafiła ich rozgryźć… z jednej strony byli mili, z drugiej zdarzyło im się wyskoczyć z niezbyt miłym komentarzem czy dziwnym zachowaniem; w tym drugim przypadku nie była nawet pewna czy to było całkowicie szczere i kontrolowane, czy było wynikiem zbyt dużej ilości wódki i whisky, albo heroiny, koki czy co oni tam innego brali. Póki co była pewna swojego zdania tylko w przypadku Izzy’ego. Fakt… wiedziała, że też pewnie brał i nie stronił od alkoholu, ale wydawał się najnormalniejszym, najszczerszym i przede wszystkim najbardziej optymistycznie na nią nastawionym.

- Czemu nie jesz? – usłyszała szept Stradlina, który lekko przechylił się w jej kierunku.

- Nie chcę…

- Kurwa… nie po to wyciągnąłem cię z tej jebanej ulicy, żebyś się tu głodziła… stało się coś? – pokręciła lekko głową, więc powiedział – no to wsuwaj! Naprawdę są zajebiste!

Uśmiechnęła się i niechętnie wzięła naleśnika i zaczęła go przeżuwać. Była głodna oczywiście, ze tak, ale kompletnie nie miała ochoty. Cały w miarę dobry humor uleciał jak tylko zobaczyła najebanego Duffa i później usłyszała, co myślał o niej Rose… a przecież, do cholery, nic temu gnojkowi nie zrobiła! Czemu wyzwał ją od dziwek? Bo co, nie wskoczyła mu do łóżka, jak tego oczekiwał? Nie mdlała na jego widok, jak te wszystkie groupies, które tylko czekały, aż któryś na nie spojrzy? Nie sądziła, że Axl okaże się takim idiotą; nigdy jakoś nie wyobrażała sobie tego, jak zachowuje się zespół, jacy są z charakteru i tak dalej, ale gdy miała za sobą pierwszą konfrontację, doprawdy nie potrafiła zrozumieć, co sprawiało, że tyle dziewczyn dałoby się zabić za możliwość spędzenia z nim kilkunastu minut sam na sam!

- Co się dzie… - zawołała wystraszona, gdy coś ciężkiego spoczęło na jej ramieniu – Duff? – odwróciła głowę i zobaczyła, że McKagan oparł się o nią całym ciężarem.

- Chyba śpi – po raz pierwszy podczas obiadu, odezwał się Steven, który z przymrużonymi powiekami, patrzył się na przyjaciela – Wyluzuj, Mała… - dodał, widząc jej zdziwiony wzrok - często tak robi… jakby go przechyliło na drugą stronę, to by wyjebał na podłogę i nawet by się nie obudził…

Jak można tak po prostu zasnąć na siedząco? Zasnąć, trzymając w ręce niedopalonego papierosa! Do cholery co się z nimi dzieje? Jeden ćpa, drugi upija się prawie do nieprzytomności, następny zachowuje się jak małe dziecko, bo ktoś nie chce się z nim pieprzyć? To ma być sławne Guns n’ Roses? Gdzie są ci zajebiści faceci, którzy oczarowali mnie swoją muzyką? To ma być mój ulubiony zespół? Marta nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest w jakimś szalonym, popieprzonym świecie bez jakichkolwiek zasad i norm. Jednak nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że nowy rozdział jej życia, który zaczął się wczoraj, będzie stokroć lepszy od wszystkiego, co przeżyła w Polsce do czasu nieszczęsnego gwałtu.

- Nie wiesz, gdzie Duff mógł zanieść to, co kupiłam o Joan?

- Ach… zapomniałem, że jeszcze nie widziałaś swojego pokoju – powiedział Izzy, wstał od stołu i rzucił krótkie spojrzenie na Slasha i Stevena, który konsumowali kolejną butelkę Danielsa.

Ominął Martę i szarpnął wciąż śpiącego McKagana i położył jego głowę na stole, tak by Marta mogła wstać i pójść za nim. Domyślił się, że basista zaniósł zakupy do pokoju, który jakiś czas temu zajmowała Joan. Siostra Duffa pomieszkiwała u nich jakiś czas, gdy przeprowadziła się tutaj z Seattle i zanim wprowadziła się do swojego faceta i spała w pokoju na piętrze naprzeciwko sypialni Hudsona. Po chwili wprowadził dziewczynę do dość jasnego pomieszczenia, które zupełnie nie przypomniało wystrojem reszty domu; brak jakichkolwiek puszek, butelek czy kartonów po pizzy, czyste ściany i przede wszystkim meble, które nie były zepsute albo niefunkcjonalne.

- Nikt tu nie wchodził, od kiedy Joan się wyprowadziła… - powiedział i dodał – i w sumie chyba długo się jeszcze u nas nie zawita, nad czym Duff cholernie marudzi. Ciężko z nami wytrzymać…

- Czemu? – zainteresowała się Marta – wydawało mi się, że was lubi…

- Lubi, lubi, ale… - zawahał się, jednak dokończył – ale nie podobało się jej zachowanie jednego z nas… - oczywiście od razu padło pytanie, o kim mowa – no… Rose się do niej ostro przywalał i nawet Duff czasem interweniował…

- P-przywalał się?

- No… ale Joan nie dała się zbajerować – zaśmiał się – więc… co chwila wybuchały jakieś jebane awantury; Axl się wpieniał jak mu odmawiała; Duff parę razy dał mu w gębę, bo po pijaku chciał ją obmacywać… siostrzyczka miała fochy na brata, bo na siłę chciał ją tu trzymać… nieważne… - rozejrzał się po pokoju i dodał – rozgość się… no… to zostawię cię samą, co?

I wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą w przytulnym pomieszczeniu. Otworzyła szafę i zaczęła wypakowywać ubrania i układać je na półkach. Oczywiście nie było tego dużo, ale na początek w zupełności jej wystarczyło. Wzięła jedną parę spodni i pierwszy lepszy t-shirt, a także komplet nowej bielizny i zarejestrowawszy, że w pokoju jest zamek, przekręciła klucz i szybko się przebrała. Złożyła koszulkę Izzy’ego w kostkę i położyła na komodzie. Po chwili odblokowała drzwi i usiadła na łóżku, próbując skupić się na czymś innym niż na lekkim bólu głowy, który dopadł ją podczas obiadu. Wiedziała, że z jej bólami migrenowymi ten stan może potrwać nawet kilka godzin, ale im bardziej wypierała myślenie o tym, tym łagodniej, jak to określała, „łupało jej w mózgu”.

- Cholera – jęknęła i położyła się na pościeli, zwijając się w kłębek.

Było coraz gorzej i miała wrażenie, że za chwilę jej głowa eksploduje. Tak bardzo nienawidziła tych migren, a miała je odkąd skończyła dziesięć lat i zaczęła dojrzewać. Na początku lekarze twierdzili, że powinno to ustąpić za około cztery, pięć lat, jak hormony się uspokoją, jednak skończyła osiemnaście zim, a cholerny ból głowy wcale nie ustąpił. I mimo, że te napady były teraz rzadkie to jednak strasznie uciążliwe i nieprzyjemne. Upłynęło pół godziny, może godzina, gdy Marta usłyszała pukanie do drzwi i nawet nie zdążyła odpowiedzieć, bo Izzy wpadł do sypialni ze słowami:

- Idziemy do Ranibow, pójdziesz z na… - urwał, widząc ją skuloną na łóżku – Hej, w porządku? – podszedł do niej i przysiadł na skraju jej legowiska – Co się stało? – dziewczyna wyczuła silną woń alkoholu jednak tego nie skomentowała, bo on przynajmniej trzymał się jakoś na nogach.

- Nic się nie stało… dzięki za zaproszenie, ale… ale strasznie boli mnie głowa i wolałabym posiedzieć w domu – powiedziała słabym głosem i podniosła się, podchodząc do komody, na której leżał t-shirt Stradlina – Dziękuję – dodała i podała mu ubranie, po czym powlokła się z powrotem na swoje miejsce.

- To… to może chcesz jakąś tabletkę czy inne chujostwo? -  szybko wstał i skierował się w stronę drzwi – zaraz ci coś przyniosę…

Wrócił z jakąś tabletką i pożegnał się, mówiąc, żeby się nie martwiła, bo zamkną dom na klucz. Dziewczyna tylko kiwnęła głową i połknęła medykament od Izzy’ego. Poczuła senność i po paru chwilach zasnęła.



W tym samym czasie, gdy chłopcy zabawiali się w jednym z barów, Slash siedział w swoim pokoju i próbował coś komponować. Nie chciał iść z resztą do pubu, urżnąć się i przelecieć parę dziwek jak zeszłej nocy. Miał dość tego pieprzonego rytuału, tego cholernego budzenia się w objęciach jakiś mało atrakcyjnych i pustych lasek, miał dość tej jebanej pustki, która go otaczała i przede wszystkim miał dość tej cholernej popularności, która nie pozwalała mu na normalne poruszanie się po ulicy!

- Pierdole to kurwa! – powiedział do siebie i pociągając łyk wódki, podkręcił trochę głośność i zaczął bez większego celu uderzać w struny swojego ulubionego Les Paula.

Nie minęło nawet kilka dobrych minut jak usłyszał pukanie do drzwi. Ze zdziwieniem odłożył swój instrument i zastanawiał się, kto o takiej porze może się do niego dobijać, zważywszy na to, że przecież Axla i reszty nie ma w domu.

- Cześć… mogę? – drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich Marta, która właśnie przecierała zaspane oczy.

Dosłownie przed paroma sekundami została wyrwana ze snu przez hałas dochodzący z pokoju naprzeciwko. Nie sądziła, że to możliwe, zważywszy na to, że Izzy mówił, że wychodzą, ale w sypialni siedział Slash, popijał Danielsa i o dziwo był sam. Kiwnął głową żeby weszła i ściszył wzmacniacz.

- Kurwa, obudziłem cię? – rzucił okiem na jej trochę potargane włosy i lekko zmęczone i czerwone oczy – Sorry… myślałem, że jestem sam… siadaj, kurwa, a nie stój tak! – zawołał i wskazał jej fotel.

- Czemu nie poszedłeś z nimi? – zapytała i patrząc wymownie na butelkę wódki, dodała – Pijesz sam, zamiast siedzieć w barze?

- Mam tego, kurwa, dość… - westchnął i upił kolejny łyk – mam dość, że wiecznie ktoś coś ode mnie chce… że każdy się mnie czepia, bo jestem jakimś jebanym Slashem! Jak idziemy z chłopakami do knajpy, to każdy pojeb tylko czeka, żeby zrobić jakąś rozróbę i nas w to wmieszać, bo przecież jesteśmy tym chujowym Guns n’Roses! Tym pieprzonym Najniebezpieczniejszym Zespołem Świata… - wylewał z siebie żale tak, jakby gadał z jakimś długoletnim przyjacielem albo jakby był na sesji terapeutycznej – To jest takie… takie kurwa irytujące, wiesz? Chcesz grać, chcesz robić to, co kochasz, a kurna coraz częściej zastanawiasz się czy nie rzucić tego w cholerę i gdzieś się zaszyć… byle tylko mieć ciszę i spokój… byle tylko nie pisali o tobie w gazetach, żeby tylko ktoś nie zaczepił cię na ulicy i nie prosił o pieprzony autograf na cyckach, kurwa!

- Slash…

- Nic nie mów… - przerwał jej niecierpliwie i próbował ukryć zmieszanie – pierdole jakieś bzdury, a ty to kurwa, słuchasz… ja pierdole… nieważne! – szybko zmienił temat – to co? Obiecałem, że spróbuję nauczyć cię grać – wyciągnął w jej kierunku gitarę i dodał – no śmiało…

Marta niepewnie wzięła od niego gitarę i przesiadła się na łóżko, bo rzecz jasna na fotelu z gitarą ciężko się siedziało. Saul pociągnął kolejny łyk alkoholu i z trudem przyklęknął przy niej. Ustawił jej lewą rękę na gryfie i odpowiednio poprzykładał palce na dane progi, mówiąc żeby zaczęła grać.

- Czekaj, czekaj… - odezwał się po chwili – góra, góra, dół, góra… – zaczął mówić jej jak powinna ruszać prawą ręką, jednak co chwila się myliła.

Podniósł się, wziął z szafki kolejną butelkę wysokoprocentowego trunku – tym razem whisky – i usiadł po jej prawej stronie. Podał jej kostkę do gry i złapał jej nadgarstek chcąc pokazać jej jak ma prawidłowo wykonać bicie.

- Kurwa… trochę to niewygodne – rzekł po chwili, niezadowolony z tego, że musiał się idiotycznie wykręcać – pozwolisz? – zapytał i wgramolił się na łóżko, klękając za nią i kładąc głowę na jej ramieniu.

Ponownie chciał ująć jej dłoń, jednak dziewczyna wyraźnie się zaniepokoiła i chciała szybko wstać.

- Ej no… co jest? – wybełkotał zupełnie zaskoczony chłopak i lekko przytrzymał ją dłonią.

- N-nic… - Marta za wszelką cenę starała się zapanować nad swoim oddechem i strachem – daj mi tą butelkę – i prawie wyrywając mu z ręki whisky, pociągnęła spory łyk, krzywiąc się przy tym.

Miała nadzieję, że po alkoholu przestanie mieć te cholerne lęki, że przestanie się bać każdego, nawet niewinnego dotyku… Zdawała sobie też sprawę, że całkiem niedawno wzięła silny środek przeciwbólowy – wystarczająco silny, by „zabić” ból głowy; nie tak jak inne tabletki, które tylko go ćmiły – ale obecnie miała to gdzieś.

- Mam jeszcze piwo, jak chcesz – powiedział i od razu pospieszył do szafki wyciągając stamtąd kilka puszek – Trzymaj – otworzył jedną i podał dziewczynie, która na raz wypiła ponad połowę zawartości.

Chwyciła ponownie gitarę, podjęła próbę ułożenia prawidłowo palców na odpowiednich progach i strunach i chciała zacząć grać. Slash bez słowa powrócił do swojej pozycji, przyklękając za nią i prowadząc jej prawą rękę po strunach. Czuł, że Marta jest spięta, ale nie wiedział, co powodowało takie dziwne podenerwowanie. Wszystko było ok i nagle zaczęła, w jego mniemaniu, świrować. Kurwa, prawie mi uciekła z krzykiem, a ja chciałem tylko pokazać jak się do chuja gra!, pomyślał i zauważył, że im więcej piła, tym była spokojniejsza. Oczywiście zdziwiło go to, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. Wiedział, że nie zrozumie kobiet, więc nie widział nawet sensu, by na siłę coś z niej wyciągać… będzie chciała coś powiedzieć, to po prostu powie i już.

- No widzisz… zajebiście! – zawołał po jakimś czasie, jak już załapała, jak powinna grać – Mówiłem, że to nie jest takie trudne –zaśmiał się i wstał sięgając po paczkę papierosów.

Odpalił jednego i położył się na łóżku, obserwując jak Marta próbuje przejść płynnie z jednego chwytu do drugiego. Była taka inna, taka kurewsko naturalna i nieśmiała… Slash musiał przyznać sam przed sobą, że cholernie dobrze czuł się w jej towarzystwie. Mógł być sobą, nie musiał niczego udawać… mógł bez żadnego skrępowania pieprzyć jej o wszystkim, co go wkurzało albo martwiło i wiedział, że dziewczyna nie będzie patrzyła się na niego jak na wariata, nie wiedząc, co powiedzieć tak jak lalunie, które często przewijały się przez jego sypialnie… po prosu wiedział, że Marta prócz dość dobrej prezencji, miała jakieś wnętrze, coś sobą prezentowała. A tego mu zajebiście brakowało w świecie, w którym obecnie się obracał. Brakowało mu tej jebanej skromności i nieśmiałości, która aż biła od tej brunetki; brakowało mu inteligencji i pasji, z jaką wyrażała się ta dziewczyna, gdy rozmawiali o swoich zainteresowaniach… Wiadomo było, że nikomu o tym nie mówił, bo każdy by go wyśmiał… szczególnie Axl ze swoim podejściem do życia… Władza, dziwki, ostry seks i pieniądze… Fakt, Slash doskonale wiedział, że on sam od kobiet i alkoholu nie stronił, ale czasem po prostu czuł się za bardzo przepełniony tym całym gnojem, w którym się znajdował… czasem po prostu miał ochotę wyjebać jakąś dziwkę za drzwi i znaleźć sobie normalną kobietę, która chciałaby jego a nie jego portfel i sławę… Ale wiedział, że to nierealne marzenia znudzonego życiem frajera…

- Skąd ty się tu wzięłaś, Kochana? – zapytał nagle, odpędzając od siebie myśli. – Za chuja nie pasujesz do tego pojebanego świata…

- Co masz na myśli, mówiąc „nie pasujesz”?

- No kurwa to wszystko! Jesteśmy bandą dziwkarzy, pijaków i ćpunów żyjących tu i teraz, całkowicie olewających przyszłość… żyjących na zasadzie „pieprz, olewaj i folguj sobie we wszystkim, na co tylko masz ochotę”, a ty jesteś młodą, inteligentną i całkiem ładną laską, która chyba zajebiście się zgubiła… - po raz kolejny zanotował, że zarumieniła się, jak powiedział coś względnie miłego na jej temat i zmusił się do uśmiechu.

- Myślisz, że jak się niby ma urodę i inteligencję to jest się panem świata? – odpowiedziała, czując już pierwsze objawy za dużej ilości alkoholu w organizmie – Myślisz, że kurwa jestem jakąś słodką idiotką, która miała wszystko i nie spodobał się jej idealny świat, w którym żyła? – przekręciła się na łóżku tak, że siedziała teraz przodem do niego i wyrzucała z siebie to, co ją bolało – Nie miałam zajebistego życia! Nie jestem ładna, inteligentna… nie jestem nawet przeciętna… nikt mnie nie kocha, każdy tylko potrafi na mnie krzyczeć i bić, jak zrobię coś złego… Jak sadzisz, jak to jest jak matka, traktuje cię jak śmiecia, a pijany ojciec bije przy byle okazji? Nikt nie liczy się z moimi uczuciami! Nikogo nie obchodzi to, że zawalił mi się świat, jak jakiś dupek o wybujanym ego mnie zgwałcił – teraz już prawie krzyczała, wściekle wymachując rękami – nikogo nie obchodzi to jak się czułam, gdy matka prawie wyrzuciła mnie z domu! Nikogo nie obchodzi jak się czułam, gdy dowiedziałam się, że jestem z tym zboczeńcem w ciąży i jak poroniłam! Nikt się kurwa nie zastanowił czy nie trzeba mi pomóc jak znalazłam się na ulicy, bo żaden palant nie chciał dać mi pracy! Nikt… - nie mogąc dłużej wytrzymać, wybuchła długo tłumionym w sobie płaczem.

Hudson od samego początku tego wybuchu złości i bezsilności patrzył zszokowany na dziewczynę i czuł się jak w jakimś koszmarze. Słowa dziewczyny docierały do niego w jakimś spowolnionym tempie, a ich siła i groza sprawiały, że po jego karku spływa zimy pot. Czuł się jak sparaliżowany, gdy jego mózg przetwarzał zdania, które właśnie usłyszał i w jednej chwili dotarło do niego, skąd to dziwne nie zawsze zrozumiałe zachowanie dziewczyny. Patrzył teraz na płaczącą i trzęsącą się ofiarę jakiegoś jebanego gwałtu, która w końcu dała upust całemu swojemu żalowi, który głęboko ukrywała i z którym nie umiała sobie poradzić. Nie cierpiał jak ktoś przy nim płakał, bo zazwyczaj był to wymuszony akt, który miał nim manipulować, a tutaj… tutaj były szczere łzy rozpaczy i bezgranicznego smutku, które skruszyłyby każdy kamień, które stopiłyby każdy lód…

- Hej… - szepnął do niej i przysiadł koło niej – Młoda, nie becz… - tak Slash… jesteś zajebisty! Nie ma co… pierdolisz jakieś pieprzone „Nie płacz” dziewczynie, która za chuja nie umie się uspokoić! – Co mam zrobić? Przytulić cię? Kurwa no… jestem naprawdę żałosny w pocieszaniu – Kurwa mać! Skąd mam wiedzieć czy to jeszcze bardziej nie pogorszy sytuacji? Pierdole… kiedy ostatni raz widziałem płaczącą kobietę? Co wtedy zrobiłem? Myśl, Hudson, bo za chwilę będzie jeszcze gorzej!

Chłopak w przypływie kompletnej bezradności odgarnął dziewczynie włosy z twarzy i ponownie szepnął, by nie płakała. Marta tylko wydała z siebie cichy szloch i nie mogąc dłużej wytrzymać, wtuliła się w Slasha, mocząc mu łzami koszulkę. Gitarzysta odetchnął w duchu i w końcu wiedział, co ma zrobić; delikatnie objął ją ramionami i zaczął gładzić jej długie włosy. Drżenie powoli ustępowało, jednak wciąż kolejne strumienie łez wylewały się z jej dużych i pięknych oczu. Nie pamiętała, by kiedykolwiek tak mocno płakała, by z taką tęsknotą tuliła się do kogoś, by tak rozpaczliwie potrzebowała czyjejś obecności. Nie wiedziała, czy to przez alkohol czy po prostu już nie radziła sobie z emocjami; ale czuła, że było jej to potrzebne, że potrzebowała silnych ramion Slasha, w których mogłaby się wypłakać, że potrzebowała chwili słabości, że rozpaczliwie potrzebowała bliskości kogoś, komu, jak sądziła, mogła zaufać.

- No…Dziecino, nie płacz już… - czuł, że Marta w rozpaczy przytula się do niego jeszcze mocniej, jakby bała się, że chłopak zaraz zniknie - wszystko w porządku… tutaj nikt nie zrobi ci krzywdy… - wzmocnił uścisk i bezcelowo zaczął jeździć dłonią po jej plecach – no błagam, nie płacz… - jęknął cicho i zamilkł, czekając, aż dziewczyna sama dojdzie do siebie.

Po kilkunastu minutach Marta uspokoiła się na tyle, że już panowała nad łzami, jednak wciąż nie przestała tulić się do ciepłego ciała Slasha, który odetchnął z ulgą, gdy zauważył, że ona już nie płacze. Nie puścił jej z objęć, bo podświadomie wiedział, że jest jej to potrzebne i że chyba czuje się tak bezpieczniej. Wiedział od Duffa, że wcześniej mieszkała w Polsce i domyślił się, że prócz nich nie znała tutaj, w tym wielkim pieprzonym Los Angeles, nikogo innego. Cóż… nie mogła trafić lepiej… z jednego bagna wpadła w jeszcze większe! Bo jak kurwa inaczej nazwać ten syf, w którym teraz żyjemy? Jesteśmy grupką nienormalnych facetów, którzy nie mają innego pomysłu na życie niż ćpanie, chlanie, posuwanie dziwek i granie rocka!

- Już lepiej? – zapytał po jakimś czasie, czując, że jej oddech wrócił do normy – Ej? – zawołał cicho, kiedy nie odpowiedziała mu na pytanie i zaważył, że zasnęła w jego ramionach. – Kurwa… i co teraz? – mówił sam do siebie, układając dziewczynę na łóżku – jak się tu obudzisz, to zrobisz awanturę na pół domu… - nawiedziła go przeraźliwa wizja przestraszonej Marty, krzyczącej, co robi w jego sypialni.

Niespiesznie podniósł ją bez jakiegokolwiek wysiłku i zaniósł do sypialni, w której zawsze spała Joan, która jak mu się wydawała, była teraz zajmowana przez Martę. Ułożył ją w łóżku, ściągnął z nóg trampki i przykrył ją kołdrą. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, poszedł po kolejną butelkę starego przyjaciela Jack’a i wrócił do pokoju dziewczyny, siadając w fotelu naprzeciwko niej. Odpalił papierosa, oparł się wygodnie o oparcie i popijał co chwila swoją ulubioną whisky, przyglądając się śpiącej dziewczynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz