sobota, 5 marca 2011

04.



Komentarze w liczbie 18.
Nie jestem zbytnio zadowolona z rozdziału… zupełnie inaczej to planowałam, a jak wyszło sami zobaczycie…
Ok… zapraszam do czytania i komentowania… i dzięki za tak miłe słowa pod ostatnim rozdziałem
***

 Czarnowłosy chłopak obudził się z potwornym, tępym bólem głowy, który praktycznie rozsadzał mu czaszkę… w sumie nie ma się, czemu dziwić – po całonocnym piciu i wzięciu kilku działek heroiny, organizm miał prawo się buntować. Jedyny plus całej tej popijawy? Zdecydowanie to, że byli w domu, bo nie chciało się im ruszyć tyłków do jakiegoś baru. Zwlekł się z fotela, na którym wisiał z głową w dół i niezbyt przytomnym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu; na kanapie spał Axl i Erin, jego dziewczyna, z którą ciągle się schodził i rozchodził i która teraz leżała obok niego w samej bieliźnie; dalej na podłodze spał Steven z koszulką całą uwaloną whisky, które wylał na siebie, gdy stracił równowagę w nocy, a na fortepianie Rose’a ulokował się Duff, który leżał w pozycji embrionalnej i jęczał cicho przez sen. Kiedy wzrok Izzy’ego padł na najdalszy kąt pokoju, aż zakrztusił się własną śliną – Slash, ubrany tylko w bokserki, leżał w poprzek fotela, trzymając w dłoni przechyloną butelkę Jack’a Danielsa, z drugą ręką umiejscowioną na plecach wtulonej w niego drobnej brunetki, która dziwnym trafem prócz bielizny miała na sobie koszulkę wyżej wymienionego gitarzysty.
- No to… ostro zabalowała – zaśmiał się sam do siebie, widząc oczami wyobraźni przyszłą minę Marty, która za jakiś czas się obudzi.
Usłyszał, gdzieś za sobą ciche stęknięcie i dość głośny huk. Zdezorientowany odwrócił się w kierunku źródła tych dźwięków i z uśmiechem na ustach zauważył, że to McKagan spadł ze swojego niecodziennego legowiska na podłogę.
- O kurwa… - szepnął blondyn i dostrzegł rozbawionego Izzy’ego – no z czego się, kurwa, śmiejesz? – pomału podniósł się na nogi i dodał – ja pierdole… nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy tu taki burdel…
Faktycznie miał rację… od ponad półtora miesiąca, czyli odkąd mieszka z nimi Marta, w ich domu było względnie czysto i panował jako taki porządek. Jednak obecny stan ich salonu był gorzej jak fatalny – tona butelek po alkoholu, pety po papierosach wyścielały większą część podłogi, w dywan wsiąknęło co najmniej dwa litry wódki i innych trunków, których pijani mieszkańcy tego domu nie potrafili utrzymać w rękach. Na podłodze leżało też kilka pogubionych części garderoby praktycznie każdego – Steven „zgubił” spodnie, Duff pozbył się koszulki, która służyła teraz Adlerowi za poduszkę, bluzka i mini spódniczka wspomnianej przed chwilą Erin leżały na stoliku do kawy; sam Izzy nie bardzo wiedział, gdzie podział swoją koszulę, no i ubrania Slasha i Marty leżały gdzieś koło „ich” fotela.
- Kurwa… - wyszeptał Duff i spojrzał uważnie na swojego przyjaciela i brunetkę – co oni do chuja robili?
- Zapewne nic – Stradlin uważnie przyjrzał się basiście i dodał – sądzę, że Młoda się najebała i po prostu na nim zasnęła – uśmiechnął się do siebie w duchu, jak pomyślał, ile razy ta dziewczyna w ciągu dosłownie kilku minut odlatywała i zasypiała po zbyt dużej ilości alkoholu.
- Pojebie, puszczaj mnie! – cichy, zmęczony krzyk przerwał ciszę i szybko spojrzeli w tamtym kierunku.
Marta, która właśnie się obudziła, próbowała wyswobodzić się z uścisku Slasha, co niezbyt jej wychodziło. Hudson, który nawet nie otworzył oczu, wypuścił z ręki butelkę whisky i drugą ręką objął dziewczynę, która teraz nie mogła się nawet ruszyć. Zaczęła się szarpać, aż w końcu zdołała obudzić kudłatego gitarzystę. Podniósł się gwałtownie i brunetka wylądowała na podłodze.
- Kurwa… dzięki, Slash – wstała szybko i zarejestrowała, że nie ma spodni i jest w przydługiej koszulce chłopaka – gdzie są moje ubrania? – usłyszała śmiech i szybko odwróciła głowę – co cię tak bawi, Izzy?
- Spodnie są za tobą, Młoda – uśmiechnął się do niej i rzucił dziwne spojrzenie McKaganowi, który tępo wpatrywał się w jej nogi.
Marta skompletowała swoje ciuchy i bez słowa udała się na piętro, do swojego pokoju po czyste ubranie i skierowała się do łazienki prosto pod prysznic. W tym czasie Hudson spojrzał rozkojarzony na swoich przyjaciół i zapytał, o co chodzi. Nie wiele pamiętał z tego, co działo się wczoraj – film urywał mu się na etapie, gdy dał Marcie swoją koszulkę, bo Adler wylał na nią przypadkowo wino i jak usiadł z nią na fotelu. Pamiętał, że Rose poszedł do siebie, pieprzyć się z Erin i że Steven przyprowadził jakąś dziwkę, którą zajął się Duff. Reszta wydarzeń zginęła gdzieś w czarnej dziurze, która wytworzyła się w jego mózgu. Zupełnie nie wiedział, czemu Marta taka wkurzona wyszła z pokoju i jakim cudem spała z nim na tym niewygodnym fotelu.
- Chyba ją wkurwiłeś – powiedział po chwili Duff i sięgnął po Nightrain’a, który leżał na stole.
- Ja ją wkurwiłem? – zapytał niezbyt przytomnie – kurwa, ja przecież nic nie zrobiłem! – zawołał oburzony i z trudem schylił się po swoje jeansy, które szybko na siebie wciągnął.
Kurwa… czy ona serio jest na mnie zła? Przecież nic się do chuja nie stało! Po prostu na mnie zasnęła… przecież kurwa jej nie tknąłem… no raczej jej nie tknąłem… myślał Slash i zalał go zimny strach… A co jeśli coś zrobiłem? Kurwa… nic nie pamiętam! Nie pamiętam nawet jak zasnąłem na tym jebanym fotelu! Nie pamiętał, o czym z nią gadałem, nie pamiętam, co robiłem! Poszedł szybko na górę i zajrzał do jej pokoju, jednak nie zastał jej tam i domyślił się, że pewnie była w łazience. Usiadł na łóżku z zamiarem poczekania na nią, ale nie musiał zbyt długo czekać. Po dosłownie pięciu minutach pojawiła się w drzwiach swojej sypialni i rzuciła Hudsonowi pytające spojrzenie, w którym ukryty był też gniew.
- Ja… - chłopak zająknął się i kontynuował – bo… nie za bardzo pamiętam, kurwa, co się wczoraj działo… i… czy… kurwa czy ja…
- Nic mi nie zrobiłeś, jeśli o to ci chodzi – powiedziała tonem praktycznie wypranym z jakichkolwiek uczuć i siadła w fotelu, wyciągając z szuflady komody swój szkicownik – Chciałabym rysować… - rzuciła wymowne spojrzenie na drzwi – zechcesz wyjść?
- Marta… - Slash był kompletnie zaskoczony; dziewczyna nigdy w ten sposób się nie odzywała do nich – ja…
- Po prostu wyjdź… chcę być sama – nawet na niego nie spojrzawszy, otworzyła swój zeszyt i zaczęła nowy szkic.
Zdołowany chłopak wyszedł z jej sypialni i udał się prosto do kuchni. Sięgnął po pierwszą lepszą butelkę i pociągnął z niej kilka sporych łyków. Kurwa… co tej Małej się stało? Nigdy taka nie była… przecież chyba nic się nie stało… sama powiedziała, że jest ok i że w nocy nie wydarzyło się kompletnie nic… Kurwa… Chłopak, mimo że nie chciał się do tego przyznać, bał się o tę dziewczynę, jej zachowanie było najmniej dziwne i całkowicie nie miał pojęcia, czemu. Zapalił swoje Marlboro i zaciągając się, oparł się wygodnie o oparcie krzesła.
- Pijesz od rana? Stary, mieliśmy mieć dzisiaj próbę! – zawołał Axl, który właśnie wszedł do pomieszczenia – Będziesz w ogóle stanie utrzymać kostkę i grać?
- Wyluzuj… czy ja kiedykolwiek nawaliłem? – odpowiedział pytaniem na pytanie i dodał – Jak z Erin?
- A jak ma być? W chuj, normalnie – spojrzał na niego pytająco, oczekując wyjaśnienia.
- No nie wiem… znów się wkurwiła na ciebie, nie?
- Pierdolisz… zwykłe nieporozumienie…
Slash oczywiście wiedział, że przyjaciel go zbył. Widział, jak Everly szarpała się z nim jak byli w Rainbow dwa dni temu. Widział, jak robiła mu wyrzuty, bo podrywał na jej oczach jakąś kelnerkę. Nie przepadał za dziewczyną, ale przez wzgląd na Rose’a starał się być miły. No i przy okazji wiedział, jaki Axl potrafi być dla kobiet i w sumie nie widział powodu, dla którego miałby nie interweniować w razie potrzeby. Wczoraj, na przykład ostro już podchmielony rudowłosy zrobił jej awanturę i chciał ją uderzyć w twarz, bo uśmiechnęła się i tańczyła z Adlerem! Ok… nie powinienem się wpierdalać, ale kurwa… bić kobietę, bo jest miła dla innych? Kurwa… ten chuj jest moim przyjacielem, ale bez przesad! Lasek po prostu bić się nie powinno! Nawet jakiś jebanych dziwek! Pierdole… co te dziewczyny robią? Doskonale wiedzą, jaki Axl ma wybuchowy charakter i jeszcze na niego lecą i specjalnie stwarzają napięte sytuacje… Przecież, do chuja, Erin doskonale wie, jaki jest Rose! Już nie raz ją uderzył, albo chamsko się zachował wobec niej i wystarczyło jakieś jebane „Ale Erin, ja cię przecież kocham” i z miejsca wskakiwała mu do łóżka cała szczęśliwa! Ale przynajmniej w końcu odjebał się od Marty… Odkąd w życiu Axla ponownie pojawiła się Everly, chłopak w końcu przestał przystawiać się i stawiać dwuznaczne propozycje Marcie i nawet stał się trochę milszy dla niej. Cóż… może się pogodził, że ona nie jest dziwką, tak jak mu się wydawało?
- Cześć, Slash… - do pomieszczenia weszła dziewczyna Rose’a i od razu przywitała się z gitarzystą Guns n’Roses – macie tu jakąś kawę?
- Może byś się ubrała? – zapytał ostro Axl, mierząc dziewczynę od stóp aż po czubek głowy. – Nie musisz paradować po całym domu w bieliźnie!
- Spokojnie… - zawołał Izzy, który właśnie wszedł ze Stevenem do kuchni. – Przestań się irytować i po prostu daj jej swoją koszulkę… cokolwiek… - usiadł na parapecie i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i odpalił jednego – kurwa…  - westchnął i spojrzał na Slasha, który był dziwnie nieobecny.
Od razu pomyślał, że to przez Martę… wiedział, że Hudson poszedł za nią na górę, jednak skoro siedział teraz w kuchni, to najpewniej go spławiła. Nie wiedział, o co chodziło dziewczynie i czy Salsh czegoś przypadkiem nie zrobił, no ale w sumie… gdyby coś zrobił, to Marta pewnie byłaby zdruzgotana, albo załamana… a ona po prostu była zła. Może ma gorszy dzień? W końcu kobiety zawsze mają takie chwile, że nikt za nimi nie nadąża… zajrzę do niej za jakiś czas, jak już się uspokoi czy coś…

            Marta siedziała w swoim pokoju i nerwowymi pociągnięciami ołówka szkicowała pewien kształt, który układał się w idealne odwzorowanie gitary z pokoju naprzeciwko. Zamknęła się na klucz w sypialni i miała nadzieję, że nikt nie będzie się do niej dobijać. Była zła, po prostu była zła. Kurwa… po prostu pięknie! Nie ma co, najebałaś się jak świnia i co ci to dało? Do cholery, jak możesz być taką idiotką? Zamiast myśleć wczoraj o tym, co ważne wolałaś chlać z chłopakami i zapomnieć o bólu, zapomnieć o wszystkim, co zostawiłaś w Polsce… po prostu zapomnieć jak jakiś pieprzony tchórz!
            - Otwórz – usłyszała głośne pukanie do drzwi i szarpnięcie klamki – do kurwy nędzy, otwieraj te pierdolone drzwi! Stało się coś?
            - Zostaw mnie, do cholery, nie możecie zrozumieć, że chcę być sama? – okrzyknęła i zamknęła z trzaskiem szkicownik.
Nachalność i ostry ton chłopaka poraził ją – zachowywał się jak szalony i nawet nie zważał na to, że Marta po prostu bałaby się otworzyć takiemu komuś drzwi. Nienawidziła jak ktoś krzyczał, nienawidziła jak ktoś wrzeszczał na nią. W sumie to nie wiedziała czy bardziej tego nie cierpiała czy się bała – krzyk i wrzaski za bardzo kojarzyły się jej z pijanym ojcem, który robił awantury.
            - Najpierw chcę wiedzieć, co się kurwa, stało! – Duff nie dawał za wygraną i dobijał się do drzwi. – Ktoś ci coś zrobił? – powiedział trochę spokojniej.
            Kurde, co za debil! Nie może po prostu odejść i dać mi spokój Tak wiele wymagam? Poirytowana dziewczyna przebrała się, założyła buty i odblokowując zamek, szarpnęła drzwiami.
            - No nare… - zaczął McKagan, ale Marta minęła go bez słowa i zbiegła ze schodów.
            Wyszła z domu i nie zważając na nic, udała się w tylko jej znanym kierunku. Nie obchodziło ją, czy któryś z chłopaków za nią pobiegnie, czy ktoś będzie chciał ją zatrzymać. Nie zważała na mijających ją ludzi, którzy z oburzeniem oglądali się na nią, gdy ich popchnęła barkiem, albo zaszła im drogę. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu w końcu znalazła się u celu.
            - Marta? Cześć… - Joan podbiegła do niej i uściskała ją – co cię sprowadza? Chcesz jakieś ciuszki?
            - Cześć… - uśmiechnęła się do siostry Duffa i powiedziała – tak szczerze to… chciałabym pogadać…
            - Jasne… - zawołała zdziwiona i rozejrzała się po sklepie – to może pójdziemy na jakąś kawę? Przerwa dobrze mi zrobi…
            Po kilku minutach siedziały w przytulnej kawiarence i piły gorące espresso. Marta w sumie nie wiedziała, czemu naszło ją na rozmowę z Joan. Może nie chciała zawracać głowy chłopakom? Nie chciała, żeby się przejmowali? Albo po prostu nie chciała im mówić o pewnych rzeczach niezbyt trzeźwym facetom?
            - I po prostu piłam z nimi, bo nie chciałam pamiętać… - kończyła swoją opowieść Marta – zalewałam smutki tanim winem, bo stwierdziłam, że to pomoże mi jakoś przetrwać ten dzień, że pomoże mi zapomnieć o tym, że dokładnie cztery lata temu pewnej głupiej nastolatce zawalił się świat, że jej umarła ukochana osoba… - westchnęła i wzięła głęboki oddech – obudziłam się dziś wtulona w Slasha, nie pamiętam jak się tam znalazłam i jakim cudem miałam na sobie jego koszulkę…
            - Spałaś z Hudsonem? – zaskoczona Joan zakrztusiła się ciepłym płynem, który właśnie łykała.
            - Nie, nie… - zaprzeczyła szybko – to z pewnością bym pamiętała… po za tym… nie dopuściłabym do takiej sytuacji nawet jakbym była na półprzytomna i naćpana… po prostu mój mózg zareagowałby automatycznie…
- Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli… Slash jest aż tak… odrzucający czy jak? – zapytała niezbyt mądrze.
- Skądże! To… to problem z moją psychiką… - powiedziała ciszej niż zamierzała i spojrzała Joan prosto w oczy – Duff mówił ci, że uciekłam z domu? – widząc potakujące kiwnięcie głową, kontynuowała – uciekłam, bo… zostałam zgwałcona i…
- Co?! – wyrwało się dziewczynie.
- Taka smutna prawda… uciekłam i szczęśliwie trafiłam na Izzy’ego, który z resztą zespołu mnie przygarnął i… no i część z nich zna tę historię… a ja ufam w to, że nie będę miała jakiś dziwnych sytuacji, które będą mnie przerastać… to znaczy… rozumiesz, o co mi chodzi?
- T-tak… - Joan ledwo wydawała z siebie dźwięki – Dlatego Duffy się tak irytował na Rose’a? Dlatego tak wkurzał się, gdy dzwonił do mnie i mówił mi, że rudy się do ciebie dostawia? – Marta kiwnęła tylko głową – Cholera… przykro mi, że cię to wszystko spotkało…
Rozmawiały jeszcze jakiś czas na trochę przyjemniejsze, niż ten tematy, aż w końcu Joan zadała brunetce pytanie, które cisnęło się jej na usta od samego początku.
- Powiesz mi czy… powiedz mi czy Duff dalej tak ćpa?
- Obawiam się, że  tak… jak tylko nie upije się tak, że trzeba go prowadzić, bo sam nie da rady iść, to pakuje w siebie tą pieprzoną heroinę i inne świństwa… Joan – widząc łzy  oczach siostry McKagana, Marta wyciągnęła dłoń i uścisnęła jej rękę – wiem, że ci ciężko…też się o niego boję, mimo że znam go nawet nie dwa miesiące… ale… kompletnie nie wiem, jak mu pomóc… jak pomóc tobie… patrzę bezsilnie na to, jak taki wspaniały człowiek psuje sobie życie i nie mogę nic zrobić… przecież nie wyrwę mu tego z ręki, bo wkurwiony pójdzie po kolejną działkę… - urwała na chwilę – mieszkam z nimi i powinnam jakoś temu zaradzić… jakoś namówić go, żeby cię posłuchał…
- Nie obwiniaj się… skoro ja nie mam na niego najmniejszego wpływu, ty tym bardziej nie dasz rady… On sam musi się chcieć zmienić… - uśmiechnęła się słabo i dodała – ale dziękuję, że przejmujesz się moim bratem…  - spojrzała na zegarek – wiesz co? Miło się rozmawia, ale chyba muszę już wracać…
- Joan… może wpadniesz do nas w tym tygodniu? On się naprawdę ucieszy… - zaproponowała Marta.
-Ja… to nie jest dobry pomysł… nie chcę patrzeć na to jak jedna z najważniejszych osób w moim życiu staje się wrakiem… nie chce, żeby widział po raz kolejny, jak płaczę… jak płaczę przez niego… ale pozdrów ich ode mnie.
Wyszły z kawiarni i Marta postanowiła odprowadzić swoją towarzyszkę do jej sklepu. Przez całą drogę rozmawiały i brunetka z uśmiechem zauważyła, że mają wiele wspólnych tematów i nie muszą niczego wymuszać. Czuła się w towarzystwie Joan jakby znała ją od lat.
- Wiesz… wydaje mi się, że oni będą się martwić, jeśli nie wrócisz teraz do nich… - powiedziała siostra McKagana, gdy żegnały się pod sklepem – mówiłaś, że tak bez słowa wyszłaś i wcześniej do nikogo się nie odzywałaś? – Marta kiwnęła lekko głową – no… może i chłopcy są trochę nierozgarnięci i zapewne już coś wypili, ale… ale naprawdę cię lubią i pewnie niepokoi ich twoje zachowanie…
Nastolatka przyznała jej rację i szybkim krokiem udała się do domu, w którym mieszkał Najniebezpieczniejszy Zespół Świata. Jak tylko weszła dopadła ją wszechobecna cisza, co było dość niezwykłe. Zajrzała do kuchni i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest kompletnie pusta, podobnie jak salon, który wciąż nosił na sobie ślady wczorajszej popijawy. Dziwne… gdzie są wszyscy? Czemu nie słyszę żadnych głosów, muzyki? Czemu nikt nie brzdąka na gitarze, albo się nie kłóci? Skierowała się do swojego pokoju i zastała tam Duffa tępo wpatrującego się w okno i popijającego wódkę i Slasha, który przeglądał jej szkicownik!
- Dlaczego siedzicie w moim pokoju? – zapytała z lekkim zdenerwowaniem w głosie.
- Marta! – McKagan poderwał się z krzesła – do cholery, gdzie ty byłaś? Martwiliśmy się o ciebie! Wyszłaś, no praktycznie to wybiegłaś, bez jebanego słowa i nie było cię przez ponad dwie godziny… Slash mówił, że wywaliłaś go z pokoju!
- Doprawdy martwiliście się? – Marta spojrzała na niego zaskoczona i jeszcze bardziej poirytowana – Slash… zostaw mój szkicownik i… wyjdź, proszę – kudłaty chłopak spojrzał na nią smutnym wzrokiem i powlekł się do drzwi.
Nawet się nie odezwał, bo wydawało mu się, że to on jest powodem takiego, a nie innego zachowania Marty. Podświadomie czuł się winny, choć tak naprawdę nie wiedział, co się stało. Dziewczyna spojrzała na drzwi, które zamykał Hudson i usidła na komodzie.
- Martwiłeś się tak? – zapytała Duffa, który nerwowo wykręcał sobie ręce i opadł z powrotem na krzesło, na którym siedział – martwiłeś się, bo nie powiedziałam, gdzie idę i kiedy wrócę? Martwiłeś się, bo byłam zła? – kiwnął lekko głową - To co, kurwa, powiesz na to, że twoja siostra nie potrafi nawet tutaj przyjść, bo boi się spojrzeć na ciebie i to co robisz, ze swoim życiem? Co powiesz na to, że głupie pytanie, czy ćpasz, powoduje u niej płacz? Co powiesz na to, że boi się, że w każdej chwili, ktoś zadzwoni do niej i powie jej, że jej brat przedawkował? – już nie mówiła spokojnie, tak jak na początku, teraz po prostu krzyczała, wyrzucając z siebie żal i złość. – No, kurwa, czy to nie jest PRAWDZIWY powód do zmartwień? Czy to nie jest ważniejsze od tego, czy ktoś nie powiedział, dokąd idzie?
Z każdym słowem Marty chłopak kulił się w sobie i z niedowierzaniem patrzył na brunetkę. Joan naprawdę powiedziała jej to wszystko? Naprawdę przeze mnie płacze? To dlatego rozmawiamy ostatnio tylko przez telefon? Bo boi się patrzeć na mnie? Kurwa… przecież ona nigdy nic nie mówiła… tylko chciała wymóc na mnie zmiany, ale nigdy nie mówiła, kurwa, o co jej naprawdę chodzi…
- Nie tylko ona się martwi, Duff! – dziewczyna stała, choć nie pamiętała, by podniosła się z komody, na której siedziała - Myślisz, że sprawia mi przyjemność patrzenie na to jak jedna z nielicznych osób, które mnie akceptują i które są mi bliskie niszczy sobie życie? Myślisz, że mogę tak spokojnie bez emocji patrzeć jak ćpacie? Jak ładujecie w siebie tony tego gówna? Jak… jak z każdą kolejną dawką stopniowo tracę to szczęście, które zesłał mi los?
McKagan spuścił głowę i nie potrafił spojrzeć Marcie w oczy. Głos uwiązł mu w gardle i nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego dźwięku. Jej słowa… tak szczere i brutalne były czymś, czego nie mógł znieść… nie mógł zaakceptować tego, że ona ma rację, że on nie tylko sobie szkodzi, ale rani najbliższe mu osoby… rani ją i rani Joan…jego kochaną Joan… Po chwili ukrył twarz w dłoniach i siedział tak przed kilka minut w kompletnej ciszy. Czemu nie potrafię rzucić tego gówna? Czemu w ogóle zacząłem ten syf brać? Czemu ani razu nie uległem prośbą Joan, by to zostawić w cholerę? Czemu sprawiłem, że moja własna siostra boi się ze mną przebywać? I… i Marta… kurwa dziewczyna przywiązała się do nas… przywiązała się do mnie! Do wraku człowieka!
- P-przepraszam… - wyszeptał Duff i kilkakrotnie szybko zamrugał – ja… ja… kurwa nie miałem pojęcia, że Joan… że wy to tak odbieracie, że się w ogóle martwicie, że… - przerwał nie bardzo wiedząc, co powiedzieć i otarł wierzchem dłoni policzek.
Zaskoczona Marta podeszła do niego po cichu i przytuliła go bez słowa. Chyba nie chciała powiedzieć tego w tak ostry sposób… Mogła ująć to w lepsze, przystępniejsze słowa, ale po prostu poniosły ją długo tłumione emocje; emocje, które po spotkaniu z Joan osiągnęły szczyt. Wiedziała, że Duff należy do względnie emocjonalnych osób, ale nie sądziła, że jej słowa wywołają taki efekt. Po chwili McKagan nieśmiało objął ją ramionami i przyciągnął bliżej siebie. Ciepło bijące od ciała dziewczyny działało, jak najlepsze lekarstwo na wszystko począwszy od bólu fizycznego, przez negatywne emocje, aż po depresję. Mógł trwać w takiej pozycji godzinami i zatracać się w tym nieopisanym i niedefiniowalnym uczuciu, które rodziło się w jego sercu, gdy ona była blisko. Jednak wtulając się w tą drobną brunetkę, chłopak poczuł cholerne wyrzuty sumienia. Tak bardzo nie chciał ranić ani jej, ani Joan… tak bardzo nie chciał ich zawieść i jednocześnie strasznie bał się, że nie podoła jakimkolwiek obietnicom.
- Duff… - Marta zaczęła gładzić jego farbowane włosy – nie powinnam… nie chciałam, żeby tak to wszystko zabrzmiało… Joan i ja… po prostu nie chcemy cię stracić… jesteś jej bratem i ona cię tak mocno kocha… Duff? – odsunęła się od niego i szybko usiadła na łóżku – jeśli mogę cię o coś prosić to… to właśnie przez wzgląd na nią… nie niszcz sobie życia… ona oszaleje, jak ci się coś stanie… i ja – spojrzała na swoje pomalowane na krwistą czerwień paznokcie – nie chcę żyć w świcie, w którym ciebie nie ma…
- Wiem… przepraszam, ale nie wiem czy jestem w stanie wam cokolwiek obiecać i to zrobić… - powiedział cicho i spojrzał żałosnym wzrokiem na Martę.
- Wystarczy, że zaczniesz ograniczać… jeśli ci się uda to… później będzie lepiej… - uśmiechnęła się.
- Dzięki, Kochana… - wstał i pochylając się nad nią, pocałował ją w czubek głowy – pogadaj ze Slashem, dobra? Koleś mi tu świrował i nie wiedział, o co ci chodzi…
Po chwili wyszedł i przyprowadził Hudsona, który z miną zbitego psa usiadł w fotelu. Powiedział, że będzie u siebie i zostawił kudłatego przyjaciela z brunetką. Saul bał się odezwać, bo nie wiedział, czy dziewczynie przeszły już te dziwne nerwy z rana, no i słyszał, jak krzyczała, gdy siedziała z Duffem sama; co prawda nie słyszał, o co się z nim kłóciła, a raczej, co mu wyrzucała, ale nie chciał, by znów się irytowała.
- Wybacz, Slash… rano… trochę przesadziłam – zaczęła – byłam zła na siebie… na to, że tyle wypiłam; byłam wkurzona na was, że tyle ćpaliście, że nie wyrwaliście mi z rąk butelki, gdy ledwie kontaktowałam… i chciałam być sama… po prostu…kurde… cztery lata temu umarła moja babcia, a ja wolałam zapić ból zamiast jakoś sobie z tym poradzić…
- Przykro mi… kurwa, dziewczyno, myślałem, że to ja coś zrobiłem nie tak… że nie do końca się kontrolowałem… - Wstał i podszedł do okna – nie rób tak więcej, błagam… i przepraszam, że przeglądałem twoje rysunki… są naprawdę zajebiste!
- Dziękuję… - zarumieniła się jak zawsze, gdy usłyszała dobre słowo - i Slash… dlaczego jak się obudziłam, miałam na sobie twoją koszulkę?
- Popcorn wylał na ciebie pół Nightrain’a… - zaśmiał się Slash i dodał – dziś mamy próbę… potowarzyszysz nam w naszym studiu?
- Jeśli nie będę przeszkadzać – uśmiechnęła się i zapytała – gdzie Izzy i Steven?
- A… nie wiem… wyszli chwilę po Axlu i Erin. Pewnie poszli do monopolowego… Ale nieważne… chcesz się dalej uczyć grać?
Od ostatniej „lekcji” gry na gitarze minął ponad tydzień, więc Marta ochoczo się zgodziła i udała się za Slashem do jego pokoju. Musiała przyznać, że po tych kilku lekcjach, których udzielił jej Hudson, potrafiła zmusić instrument do wydawania dźwięków układających się w względnie prosty utwór Patience, który w pierwszym dniu jej pobytu tutaj, prezentował jej Izzy. Była zaskoczona, że tak szybko łapała poszczególne chwyty i akordy, ale ciągle nie potrafiła w miarę szybko zmieniać ustawienia palców na strunach, nad czym bardzo ubolewała.
- Zajebiście… tylko trzeba by popracować nad płynnością – zawołał po kilkudziesięciu minutach chłopak i dodał – a może będzie ci łatwiej jak będziesz się skupiać tylko na chwytach? – siadł na łóżku za nią i przełożył rękę ponad jej ramieniem.
Po chwili zabrał jej kostkę i uderzał w struny, a Marta skupiała się na prawidłowym i szybkim zmienianiu chwytów. Wychodziło jej to średnio, ale Slash nie pozwolił jej się poddać i męczył ją tym dobrą godzinę. Oczywiście trwałoby to dłużej, ale pojawił się Stradlin i powiedział, że zamówili pizzę i żeby do nich dołączyli. Przez chwilę dziewczyna poczuła się trochę głupio, bo od chwili, gdy z nimi zamieszkała, nie było dnia, żeby im czegoś nie ugotowała, a tu…
- Weź przestań! Dawno ci mówiłem, kurwa, że nie jesteś służącą… chcesz gotować to ok, ale nie pierdol tak, jakby to był twój jebany obowiązek – przerwał jej niecierpliwie Izzy i odkręcił nową butelkę Jack’a Danielsa.
Co za ludzie… chcę być miła, a oni jeszcze się czepiają… po za tym, co mam robić tutaj innego niż sprzątać albo gotować? Do szkoły nie chodzę, nie pracuję, a przecież nie mogę non stop rysować albo uczyć się grać na gitarze! Marta trochę się zirytowała, ale postanowiła tego nie komentować i spojrzała na Stevena, który siedział naprzeciwko niej. Wystarczyły ułamki sekundy, by spostrzec, że chłopak wciągnął całkiem niedawno sporo kokainy. Powiększone do granic możliwości źrenice były przerażające i cholernie niepasujące do tego niebieskookiego chłopaka. Następny kurwa! Czy ja powinnam błagać ich na kolanach ze łzami w oczach, żeby przestali się każdego dnia zabijać? Gdzie oni mają mózgi, do cholery? Przecież nie uwierzę, że nie wiedzieli, jak uzależniają i działają dragi!
- Co jest, Skarbie? – Adler wyszczerzył do niej swoje białe zęby i zabrał Stradlinowi butelkę z whisky.
Dziewczyna w jednej chwili zapomniała o tym, co chciała mu powiedzieć i również szeroko się uśmiechnęła. Tak bardzo uwielbiała go, gdy był wesoły i się uśmiechał. Kiedy miała zły humor, wystarczyło spojrzeć na radosnego Stevena i od razu wszystkie problemy schodziły na drugi plan. Zresztą, nie tylko on tak na nią działał… gdy widziała uradowane spojrzenie spod loków Slasha, miękła i każde nerwy czy smutki momentalnie znikały.
- Może pójdę otworzyć? – zaproponowała Marta po kilku chwilach, gdy dobiegł ich dźwięk dzwonka do drzwi.
Przed domem stała wysoka, szczupła blondynka, która ze zniecierpliwieniem i pogardą na twarzy zmierzyła wzrokiem Martę. Była niewiele starsza od brunetki, a przynajmniej tak się Marcie wydawało, gdyż jej twarz pokrywała gruba warstwa makijażu.
- Ja do Stevena – powiedziała nieprzyjemnym głosem, który skojarzył się Marcie z kwiczeniem świni.
- Proszę chwilę poczekać… - odpowiedziała i szybko wróciła do kuchni, informując Stevena, że ktoś do niego przyszedł.
- Kto to? – zapytał Slash, gdy Adler opuścił pomieszczenie.
- Nie wiem… jakaś blondyn… - urwała, słysząc wzburzony głos Popcorna.
Dobiegł ją krzyk, układający się w zdania „Wyjdź, ty pierdolona dziwko! Po chuja tu w ogóle przylazłaś? Jak chcesz komuś obciągnąć, to wypierdalaj do burdelu!”. Zaskoczona spojrzała na chłopaków, którzy w jednej chwili umilkli. Nigdy nie słyszała z ust perkusisty takich ostrych słów i bała się nawet zapytać, o co chodzi.
- Kurwa… - szepnął Izzy – Adriana… - i szybko wyszedł.
Marta spojrzała pytająco na Duffa i Saula i czekała, aż któryś jej to wytłumaczy. Jednak obaj siedzieli w kompletnej ciszy, co chwila pijąc Danielsa i zaciągając się dymem Marlboro. Kim do cholery jest ta kobieta, że Steven tak zareagował? Przecież zawsze był w miarę spokojny i bezkonfliktowy… I czemu tak wyzwał tę kobietę? Kurwa, nie żeby mnie jakoś urzekła, ale no wyzywać kogoś od dziwek?
- Jebana kurwa! – drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się Steven, który od razu skierował się w stronę okna – każda pierdolona znana mi laska jest dziwką! – uderzył pięścią w ścianę przy oknie i sięgnął po paczkę papierosów.
Marta patrzyła na niego z lekko uchylonymi z zaskoczenia ustami i wytrzeszczonymi oczami. Dosłownie dziesięć minut temu był uśmiechniętym i radosnym Stevenem, którego ubóstwiała, a teraz był przerażający i wkurzony; dziewczyna cieszyła się, że nie musi do niego podchodzić, bo najnormalniej w świecie by się bała. I jeszcze te słowa… każda kobieta, którą zna jest dziwką? To znaczy, że o niej też tak myśli? Spojrzała na Duff, który nawet się nie poruszył, patrząc tępo w opróżnioną butelkę whisky i na Slasha, który z nerwami słuchał wywodu Adlera na temat kobiet, który najwyraźniej zapomniał, że nie jest sam.
- Adler, kurwa, zamknij ryj! – zawołał w końcu Hudson, gdy zauważył minę siedzącej obok dziewczyny.
- O ja pierdole! Co wy tu robicie? – zachowywał się, jakby ktoś wyrwał go z transu. – Kurwa nie zauważyłem was, bo ta kurwa mnie wyprowadziła z jebanej równowagi… wszystkie jebane baby są takie same!
Brunetka poderwała się ze swojego miejsca i szybko wyszła. Nie chciała dłużej słuchać wywodu Stevena, bo czuła, że chłopak mimo nerwów, kokainy i alkoholu mówił, co myślał i w pełni świadom wiedział, że ona go słucha. Wybiegła z domu i potknęła się o rozwiązaną sznurówkę swoich trampków.
- Whoa! Dziewczyno, uważaj, bo się zabijesz! – uniknęła bolesnego kontaktu z ziemią tylko dlatego, że w ostatniej chwili została złapana przez Axla, który wracał do domu w niecodziennie dobrym humorze.
- Puść… - czując jego dłonie na swoim ciele, zadrżała i szybko wyswobodziła się z uścisku silnych ramion rudowłosego – ty też uważasz mnie za dziwkę? – wybuchła, wciąż słysząc w głowie słowa perkusisty.
- Już nie… a co się, kurwa, stało? – widząc, że dziewczyna chce odejść, złapał ją za nadgarstek – czekaj! Wiem, że masz mnie za skończonego dupka, ale… - wzmocnił chwyt i przyciągnął ją bliżej siebie – ale nie jestem aż tak straszny… więc ktoś ci coś powiedział?
- Zacznijmy od tego, że weźmiesz tą rękę – warknęła, czując pulsujący ból w ręce.
Nie ufała mu na tyle, by pozwolić mu na jakikolwiek, nawet niewinny gest. Teraz zupełnie nie wiedziała, co zrobić. Niby był miły, ale coś w jego spojrzeniu sprawiało, że Marta była zaniepokojona. Niby się uśmiechał, a jednak wyglądał dość groźnie. Dobra… niech mu będzie… posiedzę z nim postaram się nie świrować i nie uciekać za każdym razem jak ruszy ręką… nie muszę przecież mu się spowiadać z mojego życia, a w razie czego zawszę mogę zawołać, któregoś z chłopaków…
- Zajebiście, Steven! – warknął Slash i z nerwami zapalił papierosa – Myślałeś w ogóle, co kurwa, pierdolisz?
- Ale… ale przecież nie mówiłem o niej! – bronił się blondyn – Ja pierdole, to kurwa oczywiste, że tak nie myślę o Marcie!
- Stary! Na tą dziewczynę wystarczy spojrzeć i widać od razu, że wszystko bierze do siebie! I jak, kurwa, słyszy tekst „Każda laska jest dziwką”, to kurwa nie myśl sobie, że stwierdzi „nie kurwa… ja nie jestem każda” – Izzy zachowywał się tak, jakby rozmawiał z upośledzonym umysłowo człowiekiem.
Wkurzył się. Nie wiedział czy bardziej na Adlera, czy na dobór słów, jakich użył jego przyjaciel, czy też na Adrianę, która wywołała takie a nie inne zachowanie Stevena. Nie chciał iść za Martą i nie pozwolił, któremuś z chłopaków pobiec za nią. Myślał bowiem, że dziewczyna chce być sama i że musi w spokoju przetrawić to, co usłyszała i zrozumieć, że to głupie nieporozumienie. Co za jebany niefart… siedział w jednym pomieszczeniu z Martą i nieświadomie wyzwał ją od dziwek… Kurwa… co z tego, że za jakiś czas ją przeprosi, skoro Mała zapewne zapamięta jego słowa bardziej niż cholerne „przepraszam”. Pieprze… żeby ona nie była taka delikatna, kurwa wtedy nie byłoby nawet tematu… obróciłaby to w żart, albo w ogóle nie słuchała… a tak… nieważne… kurwa… dobrze, że mnie nie naszło na takie wymysły…
- Ja… no kurwa, sorry, no! Głupio wyszło! – Krzyknął bezradnie Steven, nie mogąc znieść morderczego spojrzenia Slasha.
- Przeproś ją, a nie nas – po raz pierwszy, od czasu pojawienia się w kuchni na obiad, odezwał się Duff.
- Wszystko w porządku, Duff? Wyglądałeś jakbyś odpłyną…
- Tak… tak… jest ok… - powiedział i podniósł się z krzesła.
Przez cały czas, gdy jedli pizzę i rozmawiali przy stole, chłopak myślał nad swoim życiem. Myślał nad tym, co zrobił dobrze, co mu nie wyszło w życiu i co okazało się kompletną porażką. Wnioski przerażały go bardziej niż cokolwiek innego na tym świecie. Jedyne co mógł zaliczyć do szufladki z rzeczami udanymi to, że wybił się z Seattle i że ma zespół i jednocześnie wspaniałych przyjaciół; ale jednocześnie nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie zespół to, zapewne nie odniósłby tylu porażek w życiu codziennym – stał się dzieciakiem, który prócz muzyki nie miał pomysłu na siebie i zaczął ćpać i pić w ilościach bardziej niż niebezpiecznych, stał się skurwysynem, który nie miał szacunku do kobiet, który z premedytacją łamał im serce, gdy tylko nadarzyła się okazja, by na takiej naiwnej dziewczynie zarobić; i wreszcie stał się dupkiem, który rani najbliższe mu osoby i nie jest w stanie przestać.
- Kurwa… - szepnął sam do siebie i wyszedł na dwór, zapalając papierosa.
Rozejrzał się po ich ogrodzie i dostrzegł pod jednym drzewem, które tutaj rosło, Martę i Axla. O kurna… świat się zmienia… wydawało mi się, że ona się go boi… No zajebiście bym ściemniał jakbym powiedział, że nie ma, czego się obawiać, ale… zamyślił się i podszedł do nich.
- Mogę? – zapytał i zmusił się do uśmiechu.
- Jasne – Marta przesunęła się trochę, robiąc mu miejsce koło siebie – Axl właśnie mi opowiadał jak się poznaliście…
- Fascynujące… - każdy głupi wyczułby w tym ironię, jednak ani dziewczyna ani rudy chłopak tego nie skomentowali – Marta… bo Steven… to znaczy… on tak kurwa nie myśli, wiesz? Po prostu się wkurwił i pierdolił trzy po trzy…
- Nie tłumacz go… on doskonale wiedział, co mówi – powiedziała cicho i spojrzała na swoje trampki.
-A co Popcorn powiedział? – zapytał zaciekawiony Axl i spojrzał uważnie na Martę.
W sumie nie jest taka głupia, jak mi się na początku wydawało… no i nie jest łatwą dziwką. Nie wiem kurwa, czemu w pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłem, miałem o niej takie mniemanie… może to przez to, że byłem pokłócony z Erin i wkurwiony na wszystkie kobiety?
- Nieważne… - uciął szybko McKagan i dodał – robimy w końcu tę jebaną próbę? To idź, kurwa, powiedź im, żeby się zbierali i nastroili mi bas.
- Słucham? – słysząc z ust Duffa coś, co brzmiało, jak rozkaz, poderwał się na równe nogi – Służącego kurwa, sobie znalazłeś?
- Axl… spokojnie... on tylko cię prosi – zawołała uspokajająco Marta i dodała – przy okazji zamienię z nim słówko…
Rose się trochę uspokoił i poszedł spokojnym krokiem do domu. Dziewczyna w tym czasie uważnie przyjrzała się basiście i ze zdziwieniem zauważyła, ze jego źrenice mają normalny rozmiar. O tej porze zazwyczaj jest naćpany i nawalony, że nie można z nim normalnie porozmawiać… kurde może coś się stało?
- Duff… wszystko jest w porządku? Jesteś… jesteś taki dziwny – zapytała ostrożnie.
- Ta… nie… to znaczy, kurwa… nie wiem – zająknął się i spojrzał jej prosto w oczy – po rozmowie z tobą dotarło do mnie, jakim skończonym chujem jestem – powiedział cicho i położył głowę na jej ramieniu – dotarło do mnie, że ranie bliskie mi osoby i że jestem nikim… prócz bycia jakimś pierdolonym basistą w jebanym Guns n’Roses, jestem nikim, rozumiesz? Nikim!
- Nie mów tak! Nie jesteś nikim! Jesteś moim… moim przyjacielem – pierwszy raz w życiu użyła tego słowa w stosunku do jakiejkolwiek osoby i poczuła się naprawdę szczęśliwa – Jesteś też wspaniałym, utalentowanym facetem! I nigdy nie próbuj w to wątpić – ścisnęła jego dłoń i po chwili poderwała się w trawy – chodź, za chwilę macie próbę…
McKagan objął ją ramieniem i zaprowadził do piwnicy, którą chłopcy dostosowali do grania. Ściany pokryte były wielkimi płachtami materiału, w celu uzyskania lepszej akustyki. Slash właśnie znosił z Izzym swojego Marshalla i gdy tylko ułożyli go na swoim miejscu, zaczął stroić swoją gitarę. Stradlin w tym czasie bawił się basem Duffa, który pomagał Stevenowi przykręcić kilka dodatkowych talerzy do perkusji. Marta obserwowała to wszystko z kanapy, która stała pod jedną ze ścian i czuła, że spełnia się jedno z jej największych marzeń – za chwilę usłyszy jeden ze swoich ulubionych zespołów na żywo i to jeszcze będąc w odległości metra, dwóch od nich. I co najważniejsze, mimo, że to była tylko próba Guns n’Roses miała wrażenie, że chłopcy będą grać tylko dla niej, że będzie to „koncert” dla jednoosobowej publiczności. Kiedy zaczęli grać, dziewczyna znalazła się w innym świecie. Zupełnie nie przeszkadzał jej „hałas”, który wytworzył się przy pierwszych dźwiękach ich utworów. Patrzyła jak zaczarowana na Slasha, który majestatycznie przesuwał palce po gryfie, patrzyła jak Steven z uczuciem i radością wali w swoje bębny i talerze; obserwowała jak Duff przymyka oczy i szarpie struny, opływając zupełnie do innego świata…
- Znasz nasze piosenki? – zapytał Axl, gdy skończyli grać Mama Kin.
- Jasne – powiedziała Marta, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi.
- No to może… - rzucił pytające spojrzenie Izzy’emu, który tylko kiwnął potakująco głową – może zaśpiewasz z nami coś? Sweet Child O’Mine?
Dziewczyna była tak zaskoczona, że nie potrafiła wydusić słowa. Ja?! Ja mam śpiewać z jednym z najlepszych znanych mi wokalistów? Mam śpiewać z zajebistym Guns n’Roses? Przecież, kurwa, ja nie umiem śpiewać! Mimo, że nie chciała się z początku zgodzić, nie miała szans wygrać ze Stradlinem, który prawie ją do tego zmusił.

She's got a smile that it seems to me
Reminds me of childhood memories
Where everything
Was as fresh as the bright blue sky
Now and then when I see her face
She takes me away to that special place
And if I'd stare too long
I'd probably break down and cry

Sweet child o' mine
Sweet love of mine

She's got eyes of the bluest skies
As if they thought of rain
I hate to look into those eyes
And see an ounce of pain
Her hair reminds me of a warm safe place
Where as a child I'd hide
And pray for the thunder
And the rain
To quietly pass me by...

- Kurwa! To było zajebiste! – zawołał Adler zza perkusji, gdy skończyli śpiewać i uśmiechnął się szeroko.
Marta spojrzała na niego i w jednej chwili przypomniała sobie, co powiedział po obiedzie i od razu zrobiło się jej smutno i odwróciła mętny wzrok od chłopaka. Slash widząc, co się stało szybko zaproponował, by przećwiczyli nowe nagranie, które wymyślił Izzy. Z każdym kolejnym słowem piosenki, dziewczynie wracał humor – nie dość, że śpiewał Stradlin, co uwielbiała to jeszcze tekst był jak zawsze utrzymany w żartobliwym tonie, nawet można by powiedzieć, że cechował go czarny humor. Kto normalny układa piosenki, w których się śpiewa, że facet zdradził kobietę z jej własną siostrą, a ona mówi na to, że nic się nie stało? I że jeśli koleś pozwoli, to laski rozedrą go na pół? Litości! Zaśmiała się w myślach i wsłuchała się w kolejną piosenkę, która była coverem zespołu Rose Tattoo, jak ją poinformował Axl. W sumie kojarzyła to nagranie, ale nazwa tej kapeli zupełnie nic jej nie mówiła; ale czemu się dziwić? W Polsce cała masa dobrych zespołów rockowych albo punkrockowych było zupełnie pomijane albo całkowicie nieznane. A szkoda, bo wiele z nich było o niebo lepsze niż zespoły z jej ojczyzny.
- Stój... –  jak tylko skończyli próbę i zaczęli odłączać gitary, Marta szybko wyszła z piwnicy i chciała udać się do kuchni, by przygotować jakieś kanapki, jednak zatrzymał ją Steven – Młoda… ja… jak mówiłem, że każda baba jest dziwką, nie myślałem o tobie! Myślałem, że to oczywiste… myślałem, że wiesz, że to nie o tobie… ja… no przepraszam, ze tak wyszło… - spojrzał na nią błagalnym wzrokiem i wyszczerzył swoje białe zęby.
- Jak to usłyszałam to… było mi przykro, bo wydawało mi się, że mnie lubisz – powiedziała cicho, jednak szybko dodała – ale już jest ok… - uśmiechnęła się i stając na palcach, pocałowała go w policzek.
Po kilkunastu minutach miała gotowy talerz pełen kanapek, który postawiła na stole w kuchni. Biorąc do ręki jeden tost, udała się do siebie i konsumując go i wygrzebała spod łóżka ubranie, w którym zazwyczaj spała, czyli luźny, trochę za duży T-shirt z logiem Guns n’Roses na przedzie i krótkie spodenki - hawajki. Oczywiście przebierała się w piżamę, kiedy nie zasypiała nagle nad książką albo rysując czy też siedząc u któregoś z chłopaków, w czym niewątpliwie była mistrzynią. Potrafiła siedzieć i z kimś rozmawiać i do słownie po kilku chwilach zmęczona zasypiała. Jak tylko się wykąpała i przebrała, wzięła z komody swoją książkę i zeszła na dół do salonu, który o dziwo był w dużo lepszym stanie niż rano po całonocnej popijawie. Nie mogła powiedzieć, że jej to nie zaskoczyło, bo chłopaki nie mieli w zwyczaju sprzątać po sobie, a w końcu ten burdel i te walające się wszędzie butelki po trunkach, ktoś musiał stąd zabrać.
- Marta? – do salonu wszedł McKagan z zapalonym papierosem w ustach i puszką piwa w ręce – będzie ci przeszkadzać, jak tu posiedzę? Nie umiem sobie, kurwa, miejsca znaleźć i mnie kurewsko nosi…
Przez chwilę w umyśle dziewczyny zakiełkowała pewna nadzieja, że nie potrafił znaleźć sobie miejsca, bo po prostu powstrzymywał się przed wzięciem działki, tak jak obiecywał; jednak szybko nadzieja, przerodziła się w niepokój, że skoro tak mu ciężko, to musi być już dość mocno uzależniony. Chłopak obserwował czytającą Martę i nerwowo skubał oparcie fotela, na którym siedział. Musiał czymś zając ręce, bo za chwilę by oszalał. Tak cholernie starał się nie brać niczego do końca dnia, jednak ze wszystkich stron dopadało go pragnienie odpłynięcia i bycia na haju.
- Młoda? Czy Joan serio ci powiedziała, że nie chce tu przyjść ze względu na mnie? – odezwał się po upływie niecałej godziny i nie otrzymawszy odpowiedzi, podszedł do dziewczyny i zauważył, że jest pogrążona w spokojnym śnie.
Wyciągnął jej z ręki książkę i położył na stoliku, zaznaczając, gdzie skończyła czytać. Spojrzał na jej twarz, która przywodziła mu na myśl anioła i odwrócił wzrok w kierunku schodów na piętro. Westchnął ciężko i bez najmniejszych problemów podniósł drobną brunetkę. Poruszyła się niespokojnie i wymamrotała:
- C-co się dzieje?
- Nic… śpij, Kochanie, śpij… – szepnął jej do ucha i skierował się w stronę schodów.
Poczuł jak obejmuje mu rękami szyję i wtula się w niego, ponownie odpływając do świata marzeń. Uchylił drzwi jej pokoju i odgarniając kołdrę, ułożył delikatnie dziewczynę na łóżku. Przykrył ją, pochylił się i pocałował ją w czoło. Zaśmiał się w duchu, gdy zobaczył jak na usta śpiącej dziewczyny wstępuje uśmiech. Przekręciła się na bok i zwinęła w kłębek. Duff mógł na nią patrzeć godzinami, zatracając się zupełnie i zapominając o świecie wokół niego, toteż by jakoś usiedzieć w miejscu i by zapomnieć o palącej go od wewnątrz potrzebie sięgnięcia po jakąś używkę, zatopił się w fotelu i obserwując śpiącą Martę, wystukiwał na kolanie, znany tylko sobie rytm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz